• Witaj na oficjalnym forum gry PokeWars
Witaj! Logowanie Rejestracja


Ocena wątku:
  • 0 Głosów - 0 Średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Konkurs Legend [Wyniki]
#1
I miejsce Lunatic:



I

Jak co wieczór, przesiadywałem na balkonie, w jednej dłoni dzierżąc butelkę wątpliwej jakości trunku, drugą zaś podtrzymywałem stary futerał. Jak za każdym już razem, wychylałem kolejny łyk, czekając aż mój nastrój polepszy się na tyle, abym mógł zabrać się za jedyną rzecz, która mi w życiu wychodziła. Grać i nie móc przelać w tę grę jakiejkolwiek pasji - to najgorsze uczucie jakiego może doświadczyć artysta. Jałowa bylejakość wyniszcza, bardziej niż alkohol, którego zwykłem nadużywać. Stało się to już moim nawykiem, żałosnym rytuałem dla wypalonych muzyków bez krzty ambicji. Mogłem w ten sposób kontynuować swoją egzystencję, żyć tak jakbym nie żył w ogóle. Jednak te dźwięki były jedynym co mi w tym życiu zostało, wypełniały je i nadawały mu jakikolwiek sens. 
I znowu przyszedł ten wyczekiwany moment. W końcu, wcześniej czy później, ale zawsze się zjawia. Głowa staje się cięższa, myśli stają się coraz lżejsze – wręcz ulatniają się z wnętrza mej czaszki, szybując ku chmurom nocnego nieba. Byłem gotowy na swój samotny występ. Dłonie oparłem o wieko futerału, które cicho zaskrzypiało podniesione do góry.  Moim oczom ukazał się niepozorny instrument, lekki i delikatny. Tylko skrzypce i aż skrzypce. Przejechałem dłonią po ich powierzchni. Pod opuszkami palców wyczuwałem wszelkie drobne rysy i pęknięcia, którymi czas przyozdobił płytę drewna świerkowego. Mimo tych niedoskonałości nadal cieszyły swoim pięknem i wprowadzały mnie w melancholijny nastrój. Do żadnego instrumentu nie żywiłem tak głębokiego sentymentu, graniczącego wręcz z przywiązaniem. Również z żadnego nie potrafiłem wydobyć tak czarujących i wdzięcznych tonacji. 
Oparłem je na ramieniu, rozglądając się po ogrodzie rozpościerającym się pode mną. Gęsty busz traw i krzewów leżał u podnóża lasu, zlewając się z nim w jedną całość. Gdyby nie drewniany płot, wychylający się nieśmiało zza bujnej zieleni, niemożliwe byłoby rozpoznanie gdzie tak naprawdę kończy się teren posesji. Ogrodnik ze mnie żaden, gospodarz domu również. Wszystko było w nim nijakie i zaniedbane, zaczynając od wiekowego budynku, a kończąc na  przytłaczająco nędznym balkonie. Jednak ani popękane kwietniki ani pożółkłe balustrady nie miały znaczenia gdy wpadałem w swój trans.  Chwyciłem smyczek, delikatnie opierając jego włosie o nylonowe struny. Z każdym ruchem przestrzeń na około mnie wypełniała się dźwiękami, układającymi się w rzewne melodie i emocjonujące kompozycje. To była moja chwila, jedyna w której mogłem wreszcie zdjąć maskę posępnego, ekscentrycznego samotnika i wydobyć ze swego wnętrza emocje, których nie potrafiłem nazwać słowami. 
W rozbrzmiewającą muzykę wkradł się dźwięk, który z całą pewnością nie był moim dziełem. Nadal nieruchomo oparty o balustradę, przeniosłem swoje źrenice w stronę zarośli. Dochodził z nich głos, który w pierwszej chwil nasunął mi na myśl obraz tysięcy małych, kryształowych dzwoneczków, poruszanych jesiennym wiatrem. Byłem przekonany, że jedynie coś tak harmonijnego i delikatnego mogło być porównywalne z czystą barwą śpiewu, który idealnie dopełniał melodię skrzypiec. A może było wręcz odwrotnie? To moja muzyka stanowiła tło, które uwydatniało zjawiskową skalę wokalu.
Pochłonięty grą, poczułem jakbym odnalazł bratnią duszę w tym pozbawionym wrażliwości świecie. Ktoś, kto czuje muzykę tak samo jak ja, oddając jej całe swoje serce. Zupełnie tracąc poczucie czasu, odłożyłem smyczek dopiero gdy spostrzegłem niebo rozjaśniające się nowym porankiem. śpiew przechodził w ciche nucenie, ani przez chwilę nie tracąc na swej idealnej czystości. Uśmiechnąłem się pod nosem, zbierając z popękanych płytek futerał oraz pustą butelkę. Kimkolwiek była ta osoba, zapewniła mi jeden z najlepszych koncertów w moim życiu. 
- Zbieraj się do domu, zaraz zacznie świtać – krzyknąłem w stronę lasu, lecz odpowiedziała mi martwa cisza. śpiew umilkł. – Dzięki za wspólne muzykowanie. 
Obejrzałem się za siebie, z cichą nadzieją licząc na to, że uda mi się dostrzec osobę skrytą w gęstwinie. Jak się mogłem jednak domyśleć, ogrodowy busz strzegł swoich sekretów. Wszedłem do środka, pozostawiając drzwi lekko uchylone. 

II
Jak co dzień, siedziałem w swoim małym sklepie, udając, że pracuję. Nieliczni klienci również udawali, że są zainteresowani, aby wydać u mnie swoje pieniądze. Szkoda tylko, że domniemane zamiary nie przekładały się na zawartość mojego portfela. 
Prowadziłem rodzinny biznes – niewygodny spadek po ojcu, który uznał, że mój talent muzyczny z pewnością idzie w parze z umiejętnościami handlowymi. Biznesmen, kolejna osoba, którą nie jestem… Ciasne wnętrze podupadającego sklepu wypełniały instrumenty oraz akcesoria muzyczne. Na podłodze rozłożył się towarzysz mojej niedoli, leciwy houndoom. Był ze mną odkąd sięgam pamięcią, przez swoje szczenięce lata aż do późnej starości. Sierść na jego karku posiwiała, wzrok i słuch stępiały, sprawiając, że zaczął reagować warczeniem na obecność nieznanych mu intruzów. Nie winiłem go za to. Z miesiąca na miesiąc ruch w sklepie stawał się coraz mniejszy, zainteresowanie ludzi muzyką wygasało. Czasy się zmieniają, marzenia również. Teraz młode pokolenia chcą przeżywać przygody, które gnają je w świat i nakazują poszukiwać wrażeń. Wrażliwość umiera, samorealizacja jest możliwa jedynie poprzez potyczki siłowe. Znajdź dzieciaka, który uzna, że pokemon jest jego przyjacielem, nie zaś tresowanym kawałkiem mięsa, odchowanym jedynie po to, by cierpieć i krwawić na arenie. 
Ostatnio jednak wszelkie przykrości szarego życia zaczęły blednąć. Zanikały, albo to ja przestałem zwracać na nie uwagę. Moją monotonną egzystencję zaczęły wypełniać wieczorne koncerty, które przestały być już tak samotne jak kiedyś. Stały się występami we dwoje, wznosząc mój zapał muzyczny na zupełnie nowy poziom. Ja byłem Jej melodią, Ona była moim śpiewem. Tak, Ona – ten cudowny głos należał do kobiety. Dało się rozpoznać, że jego właścicielka musi być osobą młodą, obdarzoną niespotykanym talentem. Dotychczas jednak nie udało mi się jej zauważyć, więc wszelkie moje spekulacje były jedynie efektem zaciekawienia połączonego z wyobraźnią. Tworzyłem jej obraz w mojej głowie dziesiątki razy – przypisywałem jej postać nieśmiałej nowicjuszki, niepewnej swojego talentu czy też doświadczonej wokalistki, chcącej zaśpiewać coś dla własnej przyjemności. Czasami też słyszałem szelest liści i cichy szmer uginających się źdźbeł trawy, zupełnie tak jakby moja towarzyszka dawała się porwać muzyce w tańcu. Byłem przekonany, że jeżeli istnieje na tym świecie chociaż jedna wrażliwa istota, zdolna pojąć piękno muzyki, to z pewnością jest nią właśnie Ona. 
Próbowałem ją zawołać, zaprosić do domu. Chciałem poznać osobę, która przywróciła mi wiarę w sens tego co robię. Zawsze jednak pozostawała nieuchwytna, skryta w cieniu. Podczas jednego z naszych wieczorów próbowałem ją odnaleźć, przeczesując zarośla ogrodu. Jej śpiew wtedy milkł, a ona sama znikała, zupełnie jakby stawała się niewidzialna. Tak było i tym razem. Zrezygnowany, postanowiłem, że i tym razem odpuszczę – widocznie poszukiwacz to jeszcze jedna profesja do której się nie nadaję. Wchodząc do środka dostrzegłem houndooma, leżącego spokojnie koło okna. 
- Zabawne – mruknąłem pod nosem. – Nigdy nie przepuszczałeś okazji, aby obszczekać każdego nieszczęśnika, który zbliżał się do naszej posesji. Dlaczego więc teraz jesteś taki spokojny? 
Wywody te były tylko i wyłącznie moimi głośnymi rozmyślaniami. Tkwiło w nich jednak ziarno prawdy. Ja sam również stałem się spokojniejszy, odrzucając autodestrukcyjny nawyk picia. Nie potrzebowałem już alkoholu, aby móc cieszyć się muzyką. To było najwspanialsze uczucie w moim życiu. 

III
Moja pasja legła w gruzach. Nigdy już nie zagram na skrzypcach. Nigdy już nie zaznam gry, która nadawała mojemu życiu jakikolwiek sens.
Dziś rano mój sklep odwiedził nietypowy jegomość. Właściwie można by rzec, że był on najbardziej pospolitą i powszechną jednostką jaką napotyka się na co dzień – tyle, że tacy ludzie raczej nie odwiedzają mojego azylu. Młodzieniec żonglował w swoich dłoniach pokeballami niczym dziecko chwalące się nowymi zabawkami. Arogancko wyzwał mnie na pojedynek, twierdząc, że za swój życiowy cel obrał pokonanie wszystkich trenerów w mieście. Był święcie przekonany iż przyjmę jego wyzwanie. Moja odmowa z pewnością zniszczyła jego światopogląd, że każdy właściciel pokemona będzie narażał życie swojego podopiecznego równie ochoczo jak on sam. Houndoom jedynie warknął pod nosem, zapewne domyślając się jaki typ człowieka uraczył nas swoją obecnością. Kolejny zapaleniec, chcący podbić świat cudzym potem i krwią. Nowe objawienie regionu pogrążonego w walce, jedno z dziesiątek tysięcy, które wędrują w tym samym, jakże oryginalnym celu. 
Młodzian nie dawał za wygraną, próbując sprowokować mnie swoimi kpinami. Nawiązała się między nami ostra wymiana zdań, która przerodziła się w prawdziwą potyczkę. Słowa nie były w niej jedyną bronią. Chłopak chwycił przedmiot leżący w jego zasięgu i cisnął nim o podłogę w przypływie gniewu. Przedmiot, który dla mnie tyle znaczył, a dla rozwścieczonego barbarzyńcy stał się jedynie narzędziem do rozładowania niepohamowanej złości. Moje skrzypce zostały rozbite na kawałki. Słyszałem ich delikatny trzask, który w moich uszach brzmiał jak ostatni oddech umierającej istoty. W tamtym momencie umarłem i ja. 
Nie docierało do mnie szczekanie ani szybkie kroki zwieńczone głośnym  trzaśnięciem drzwiami. Utkwiłem wzrok w podłodze, niczym świadek jakiejś makabrycznej zbrodni, obserwujący zwłoki. Na żadnych skrzypcach nigdy tak nie zagrałem jak na tych i nigdy już nie zagram. 
Razem z nimi skończyły się też wieczorne koncerty. Nigdy już nie będę w stanie stworzyć melodii, która odpowiadać będzie pięknu Jej głosu. Najgorszy koszmar artysty się ziścił – muzyka stała się dla mnie źródłem cierpienia, przypominającego o straconym marzeniu. 
Nie mogłem nawet powiedzieć Jej, że nie ma już powodu przychodzić co wieczór do mojego ogrodu. Postanowiłem więc iż oznajmię jej to w najbardziej czytelny i przygnębiający sposób. Byliśmy pokrewnymi duszami, rozumieliśmy się bez słów. Ten znak również zrozumie. Wieczorem udałem się w okolice zarośli, które przez ostatnimi dniami stały się Jej schronieniem. Pod krzewem róży umieściłem rozbite skrzypce, delikatnie kładąc je na mokrej od rosy trawie. Miałem wrażenie, że cały ogród płacze nad ich losem, pogrążając się w żałobnej ciszy. Odwróciłem wzrok i odszedłem, wyciągając zza pazuchy butelkę alkoholu. Nie chciałem się oglądać. 

IV
Obudził mnie dziwny niepokój,  gwałtownie wyrywając mnie ze snu. Zupełnie skołowany, nie miałem pojęcia co właściwie się wydarzyło. Przetarłem oczy dłońmi, próbując przywrócić mój umysł do porządku. 
Przeniosłem wzrok na biurko, znad którego unosił się delikatny blask. Ciepłe światło tworzyło łunę, w centrum której stała drobna postać trzymająca w swych dłoniach instrument. Nie była ona człowiekiem, ale nie potrafiłem sobie przypomnieć żadnego pokemona podobnego do niej. Wyglądała niczym mała nimfa o długich włosach, układających swoje fale w kształt pięciolinii i dużych oczach przypominających lazuryty. Spostrzegła moje przebudzenie i uśmiechnęła się do mnie urzekająco. 
Siedząc na skraju łóżka, nie byłem już pewien czy jest ona wytworem mojej wyobraźni czy też zbyt dużej ilości alkoholu spożytego ostatniej nocy. Rozważając ponowne położenie się do snu, usłyszałem melodyjny głos, który zdawał się przemawiać z wnętrza mojego umysłu. Znałem dobrze jego barwę. 
„Nie obawiaj się, nie jestem marą senną” – powiedziała nimfa, a ja już wiedziałem, że w końcu poznałem towarzyszkę moich koncertów. 
- K-kim jesteś? – zapytałem z niedowierzaniem, podchodząc do niej ostrożnie. – Co tutaj robisz? 
„Przecież mnie znasz” – byłem pewien, że wyczułem w jej głosie nutę rozbawienia. – „Zgubiłeś coś ostatniego wieczoru. Przyszłam je oddać”. 
Wyciągnęła ręce w moim kierunku i dopiero wtedy spostrzegłem co się w nich znajdowało. To były moje skrzypce. W dodatku w jednym kawałku, nie nosząc żadnych śladów upadku. Delikatnie przeciągnąłem opuszkiem palca po ich strunach, których dźwięk był czystszy i piękniejszy niż kiedykolwiek. Każda nuta uwalniała delikatne iskry światła, mieniące się kolorami. 
Brzmiały zbyt realnie, aby był snem. Wiedziałem jednak, że to, co się wydarzyło nie jest możliwe – moje skrzypce zostały zniszczone. Zszokowany, rzuciłem jej pytające spojrzenie. 
„Opiekuj się nimi. Tak szlachetny instrument potrzebuje wrażliwego i kochającego artysty” – podała mi skrzypce, gładząc je czule na pożegnanie. – „Nigdy nie wątp w swoje marzenia i ich sens. To właśnie one wypełniają świat pięknem, którego inni ludzie nie są w stanie skomponować.”
Do moich oczu napłynęły łzy. Zrozumienie, które odczułem z Jej strony napełniło mnie spokojem. Nimfa posłała mi uśmiech, szykując się do odejścia. Pogłaskała delikatnie houndooma, który zaczął machać ogonem. 
- Dziękuję ci za wszystko – szepnąłem wzruszony, ocierając łzy. – Zdradź mi chociaż swoje imię.  
„Meloetta” – odparła moja towarzyszka. Zwinnie niczym kot, uniosła się w chmurze otaczających ją świateł i zniknęła za oknem, skrywając się znowu w zieleni mojego ogrodu. Obserwowałem ją w milczeniu, aż świetlista poświata całkowicie rozpłynęła się między liśćmi. Zaczynało świtać. 
Houndoom podszedł do mnie leniwie, kładąc swoją głowę na moich kolanach. Pogładziłem jego sierść, patrząc na cudowny prezent, magiczne dzieło Meloetty. Nie byłem wieloma osobami, którymi mógłbym stać się w moim życiu, gdyby jego losy potoczyły się inaczej. Byłem za to szczęściarzem, mającym powód, by żyć. Nie musi być on wielki, ważne, że jest dobry. 
Tego poranka mój ogród znów wypełnił się dźwiękami… A ja znowu byłem szczęśliwy…
 
 
Odpisz
#2
Miejsce 2 Megapoketrener


Mam na imie Lucas. Lucas Brown. Jestem trenerem pokemon i od szesciu lat zastanawiam sie kim chce byc. W swiecie pokemonow mozna sie spełnic na wiele sposobow.
Niektorzy od dziecinstwa wiedza, ze chca zostac mistrzami pokemon, super koordynatorami czy artystami. Niektorzy poswiecaja swoje zycie nauce lub pomaganiu rannym pokemonom.
A w czym ja jestem dobry? Uswiadomiłem to sobie po najbardziej niesamowitej przygodzie jaka kiedykolwiek przezyłem. Przygodzie, ktora zmieniła moje zycie…
Wedrowałem po regionie Sinnoh, zdobywajac odznaki w salach. Byłem w drodze do miasta Hearthome, gdzie miałem stoczyc walke o swoja piata odznake. Zrobiłem postoj w lesie nieopodal miasta.
Napełniłem bidon krystalicznie czysta woda ze strumyka i zaczałem szykowac posiłek dla swoich pokemonow, po czym wypusciłem moją ekipe z pokeballi:
Arcaninea, Meganium, Laprasa, Jolteona, Persiana i Charizarda- mojego najlepszego przyjaciela. To własnie on jest moim głownym pokemonem.
Pierwszego dnia naszej wyprawy, zaatakował mnie wielki Fearow. Leciał na mnie z przerazająca prędkoscia, a ja ze strachu nie mogłem się poruszyc.
I wtedy nagle, przede mnie wyskoczył Charmander. Z całej siły odepchnał mnie na bok i przyjał cios na siebie. Byłem zszokowany. Nagle zauwazyłem, ze Charmander lezy bez ruchu.
Z wsciekłoscią rzuciłem sie na ptaszysko. Chciałem go zabic za to co zrobił mojemu przyjacielowi. Niestety udało mu się zrzucic mnie ze swojego grzbietu, uderzajac mną o drzewo.
Moje ciało przeszył rozdzierajacy bol. Kiedy stwor juz miał mnie zaatakowac, usłyszałem Charmandera. Podniosł sie z ziemi i uzył najsilniejszego miotacza płomieni jakiego w zyciu widziałem.
Fearow odleciał „paląc sie” ze wstydu. To było niesamowite. Ze łzami w oczach podbiegłem do stworka i przytuliłem go. „Dziękuje”- wyszeptałem… Od tej pory jestesmy najlepszymi przyjaciołmi
i nigdy się nie rozstajemy.
Nakarmiłem moją druzynę i uznałem, ze pora ruszac dalej. Schowałem do pokeballi wszystkich procz Charizarda. Popatrzył na mnie z nadzieja, a ja usmiechnałem sie z determinacja i
odpowiedziałem: „Czas na trening specjalny”. Smok ryknał z radoscia. Wskoczyłem na jego grzbiet i wyleciał w powietrze jak rakieta. Uwielbiam z nim latać i trenować ataki i myśle, ze on
tak samo. Szybowalismy miedzy chmurami, gdy nagle stało się cos niespodziewanego. Uderzyła w nas ogromna fala powietrza, jakby cos wybuchło. Zaczeliśmy spadac z ogromna predkoscia.
Krzyknałem: „Charizaaaardd!” i na szczescie smok w ostatniej chwili opanował sytuacje. Rozłozył skrzydła i z impetem wzniosł się do gory. „Ufff… brawo mordko- pochwaliłem go-
lepiej sprawdzmy co to było”. Charizard potaknał i poleciał w strone, z ktorej dobiegła fala. Im znajdowalismy sie blizej miejsca eksplozji, tym wieksze dostrzegalismy zniszczenia.
Co mogło miec tak wielka siłe?
Trop doprowadził nas do wielkiego jeziora, lecz na pierwszy rzut oka, wyglądało ono całkiem normalnie. Coś tu nie gra.. „podlećmy bliżej”-powiedziałem wspólnikowi.
Zbliżyliśmy się do tafli wody gdy nagle usłyszałem wołanie: „NIEEEEE!!!!”. Odwróciłem się i zobaczyłem jakiegoś gościa pędzącego w moją stronę na Dragonite.
Mężczyzna zawołał ponownie: „ODSUÑ SIę OD WODY!!!”, ale było za późno. Na wodzie pojawiło się coś w stylu portalu i zaczęło wsysać mnie i Charizarda. Próbowaliśmy odlecieć, ale portal
wessał nas bez problemu, po czym wyrzucił w jakimś innym wymiarze.
Nie wierzyłem własnym oczom. Dookoła była pustka. Jakbyśmy byli w kosmosie bez gwiazd, planet… bez niczego prócz ciemnych obłoków. Po chwili dostrzegłem, że portal, którym się tu
znaleźliśmy zanika. Próbowaliśmy się do niego dostać, ale na marne. Gdy portal już prawie się zamknął, wyleciał z niego tajemniczy mężczyzna na Dragonite. Ubrany był w czarną pelerynę z
kapturem.
- Jestem Jack.- odparł- a ty masz przerąbane, Lucasie Brown.
- Skąd znasz moje imię?
-Jestem agentem pokemon, muszę wiedzieć kto jest kim.- na jego lewej ręce, dostrzegłem dziwny sprzęt. Zaczynał się na nadgarstku a koñczył w okolicach łokcia.
Jack popatrzył na ekranik urządzenia- Jesteś Lucas Brown, masz 16 lat, pochodzisz z Wertanii w regionie Kanto, twoim pierwszym pokemonem jest Charmander… wiem o tobie wszystko.
-Ale…
- Opowiem ci po drodze- powiedział i poleciał w głąb pustki. Nie zostało mi nic innego, niż lecieć za nim.
- Po co ci te informacje? I kim jest agent pokemon?
- Moja agencja zajmuje się dopilnowaniem, by świat pokemonów był bezpieczny. Chronimy pokemony przed łowcami, kłusownikami i różnymi organizacjami, a także pilnujemy by między
naszym światem a innymi wymiarami trwała harmonia. Często nasza praca związana jest z legendarnymi pokemonami.
- Legendarnymi… – wyszeptałem. Może on faktycznie dba o bezpieczeñstwo naszego świata… ale co jeśli kłamie?- A co to jest, ten sprzęt na twojej ręce?
- To cacko? To jest tak zwany Pokeget 10000.- powiedział Jack z narastającą ekscytacją- Zawiera w sobie pokedex, pokenav, poketch, bazę danych agencji i jeszcze kilka przydatnych rzeczy.
Agencja daje je tylko elitarnym agentom- wyprostował się dumnie z uśmiechem.- Na razie dość tych pytañ. Musimy znaleźć Dialgę.
- Dialgę?! Masz na myśli pokemona, który włada czasem?!
- Zgadza się. Coś jest nie tak i muszę się dowiedzieć co. Portale do różnych wymiarów nie otwierają się codziennie.
Naszą rozmowę przerwał przeraźliwy ryk.
- Co to jest?!!!- próbowałem przekrzyczeć hałas.
- Dialga!- Krzyknął Jack i przyspieszył.
Podlecieliśmy kawałek przez ciemne chmury i dostrzegliśmy legendę. Jeszcze nigdy nie widziałem czegoś takiego. Jego niebieska barwa idealnie komponowała się ze stalowymi elementami.
Jasno niebieskie pasma sprawiały tajemniczy i mistyczny efekt. Grzebienie na grzbiecie, szyi i głowie dodawały mu dostojnego, wręcz królewskiego wyglądu.
Na jego piersi także widniała metalowa część, z pięknym, niebieskim kryształem po środku. Masywne stopy uzbrojone były po trzy pazury każda. Zachwyciłem się jego pięknem, jednak po chwili
zachwyt zamienił się we współczucie i przerażenie. Dialga był wykoñczony. Wyglądał jakby z każdą chwilą tracił siły. Podlecieliśmy nieco bliżej i zrozumiałem dlaczego. Nie był sam.
Wyglądało na to, że znaleźliśmy się w samym środku walki między nim a jakąś ogromną latającą maszyną. Na środku metalowego monstrum widniała wielka litera G.
- No nieee, tylko nie oni…- powiedział zawiedziony Jack.
- Jacy „oni”?
- To zespół G. Banda, którą dowodzi niejaki Cyrus.
- Miałeś już z nimi do czynienia?
- Niestety tak. To profesjonaliści. Chcą zdobyć moc Dialgi i Palkii. Tylko jak oni dostali się do tego wymiaru…
- A może dzięki Giratinie?
- Możliwe… tylko Giratina posiada moc podróżowania między wymiarami… Podoba mi się twoje rozumowanie młody- uśmiechnął się do mnie z przekąsem.- Musimy się zastanowić jak pomóc Dialdze.
- Lećmy i zniszczmy to coś!
- Bez pośpiechu Brown. Nie możemy podejmować pochopnych decyzji. Skoro Cyrus uzbroił swój sprzęt do walki z Dialgą, to musimy zdać się na spryt, nie na siłę. Chyba rozumiesz Lucas… LUCAS?!!!
Nie wiem co powiedział dalej. Musiałem polecieć ratować Dialgę. Nie było czasu na racjonalny plan. W sumie to nie do koñca myślałem, co robię. Widząc wyczerpaną Dialgę, czułem jedynie,
że muszę jej pomóc. Bez zważania na konsekwencje. Gdy byłem dostatecznie blisko, wydałem Charizardowi rozkaz:
- Charizard, podmuch ognia!
Smok zaatakował statek wroga.
- Tak! Trafiony!- pochwaliłem przyjaciela, lecz niestety moja radość szybko mnie opuściła. Po chwili wielki robot (któremu najwyraźniej nic nie zrobiłem) wystrzelił z działa jasny promieñ,
prosto w moim kierunku. Trochę mnie zamurowało. Nie spodziewałem się takiej reakcji.
- Dragonite, hyperpromieñ!- usłyszałem znajomy głos za plecami.
Dragonite wykonał polecenie. Dwa potężne ataki zetknęły się ze sobą powodując eksplozję.
- Jack!- nawet nie wiecie jak się ucieszyłem na jego widok- uratowałeś mi życie… dzięki…
- Tylko się nie przyzwyczajaj- odparł Jack, zadowolony ze swojej akcji- jeśli jeszcze raz zignorujesz moje polecenie, to nie ręczę za siebie.
- Oczywiście szefuñciu.
- Tak lepiej. Wiem, że chcesz jej pomóc. Właśnie dlatego musimy to zrobić jak należy.
- Dlaczego już w nas nie strzelają?
- Cyrus zapewne za bardzo się nami nie przejmuje. Atak na ciebie był jedynie ostrzeżeniem. Skupia się na Dialdze, za nim ta odzyska siły. Nie sądzi, że możemy mu przeszkodzić.
- To pokażemy mu, że się myli.- powiedziałem z przekonaniem.
- I to jest duch walki- rzekł zadowolony Jack- teraz musimy go tylko jakoś wykorzystać.- Jack pomyślał chwilę- To jest maszyna.
- Spostrzegawczy jesteś- odparłem sarkastycznie.
- Zastanów się: co ma każdy człowiek, każdy pokemon i każda maszyna?
- Eeee… Cieñ?
- Dokładnie... CO?! Nie o to mi chodzi! Wszystko ma: swój słaby punkt. Każdą maszynę da się zniszczyć, jeśli wie się jak.
- To ma sens…gdzie może być słaby punkt tej machiny?
- Sprawdźmy to.- Jack podniósł rękę ze swoim pokegetem 10000 w stronę maszyny.- Mamy to.
- Wow, muszę sobie taki sprawić!
- Możesz jedynie pomarzyć.-Zaśmiał się Jack.-Leć za mną. Musimy skopać paru złoczyñców.
Chowając się za tajemniczymi chmurami, dolecieliśmy tuż pod urządzenie zespołu G.
- Szyb wentylacyjny- powiedział zadowolony towarzysz. Podniósł rękę, na której znajdował się jego sprzęt- śrubokręt.- rozkazał, a z jego urządzenia wyskoczyło oczekiwane narzędzie-
Nie, nie, nie- rzekł nieco zawiedziony- minus nam się nie przyda. Daj plus.- pokeget spełnił życzenie Jacka.- Tak lepiej.- odparł z radością.
- Coraz bardziej chcę takiego mieć.
- Jak się będziesz zachowywał, to może dam Ci popatrzeć co to cacko potrafi. Tylko wiesz, robię to tylko dla kumpli- posłał mi ironiczne spojrzenie.
- A nie jesteśmy kumplami?-odpowiedziałem tym samym tonem.
- Możesz pomarzyć- zaśmiał się-pokaż co potrafisz, a może zasłużysz na miano mojego „kumpla”.
- Masz to jak w banku. To jak? Wchodzimy?
- Jeszcze tylko zamontuję naszym „przyjaciołom” małą niespodziankę. To powinno odwrócić ich uwagę.
Jack przyczepił do statku przeciwnika ładunek wybuchowy i ruszyliśmy. Musieliśmy schować smoki do pokeballi, by zmieścić się w szybie wentylacyjnym.
Po nieprzyjemnym przeciśnięciu się przez ten „labirynt” dotarliśmy do sterowni. Dobrze, że Jack miał mapę machiny wroga w swoim sprzęcie, bo nie wiem gdzie byśmy się doczołgali
(to jeszcze bardziej świadczy o tym, że powinienem taki mieć.) Przez kratę w szybie dostrzegliśmy mężczyznę z niebieskimi włosami zaczesanymi do góry, odzianego w szary kombinezon
ze złotą literą G na piersi. Obok niego znajdowało się jeszcze kilku członków zespołu.
- Cyrus.- wyszeptał Jack z pogardą.-Otwieramy i atakujemy. Ja biorę Cyrusa i rozbrajam maszynę, ty bierzesz komandorów, ale najpierw nasza niespodzianka.
Przytaknąłem. Jack nacisnął przycisk na pokegetcie i nagle statek zatrząsł się pod wpływem eksplozji.
- Mamy towarzystwo-rzekł spokojnie Cyrus- Jupiter, zbierz załogę i sprawdź to.
Jeden z komandorów pobiegł na rozkaz szefa. W tym czasie zrzuciliśmy kratę i wskoczyliśmy prosto na środek sali. Szybko wypuściłem Charizarda z pokeballa, krzycząc: „Zasłona dymna!”.
Wkrótce całe pomieszczenie zapełniło się ciemną mgłą. Członkowie zespołu wystawili do walki swoje Golbaty, które szybko zostały podpalone przez mojego smoka.
Związałem sznurem poobijanych komandorów. Spojrzałem za siebie. Cyrus leżał na ziemi, a Jack kombinował przy panelu sterowania.
- Miałeś rację. Używają mocy Giratiny. Zamontowali na nim urządzenie pobierające moc… przerażające i imponujące.
- Tylko ich nie chwal-skarciłem go.
- Hehe-zaśmiał się towarzysz, wciskając kolejne przyciski-Jeszcze tylko chwila…
Pod naszą nieuwagę, Cyrus zdążył się pozbierać i zajść nas od tył.
- Głupcy… moc Dialgi jest moja!-wykrzyknął po czym otwarł właz i wyrzucił nas z pojazdu. Byłoby po mnie gdyby nie Jack, który wskoczył na Dragonite i mnie nie złapał.
- I znowu ratujesz mi życie.- powiedziałem z ulgą.
- Miałeś się nie przyzwyczajać.- odparł Jack.- A teraz wskakuj na Charizarda i lecimy zrobić małe zamieszanie.
Wykonałem polecenie i wyruszyliśmy do ataku. Był tylko jeden problem: Dialga nie wiedział, że chcemy mu pomóc, więc nas też zaczął atakować. Unikaliśmy ataków pokemona,
jednocześnie napierając na statek. Dialga w koñcu zrozumiał, po której jesteśmy stronie. Razem zniszczyliśmy maszynę Cyrusa. Zdążył on ewakuować się w kapsule i otworzyć portal do
naszego świata. Nagle Dialga zwolnił czas wokół Cyrusa, co pozwoliło nam go schwytać. Wlecieliśmy w portal i znaleźliśmy się w naszym świecie. Wylądowaliśmy na łące obok jeziora,
nad którym się otworzył. Ku naszemu zdziwieniu, Dialga poszedł w nasze ślady. Stanął przed nami i pokłonił się z wdzięcznością. Ledwo się podniósł, był cały poraniony.
Uznałem, że może mogę mu jakoś pomóc. Wypuściłem mojego Meganium i poprosiłem, by użył leczenia na Dialdze. Uradowany stwór odwrócił się do mnie bokiem, co oznaczało bym na niego wsiadł.
Poszybowaliśmy ponad lasem. śmiejąc się, pomachałem z góry Jackowi. Jednak portal już niemal całkowicie się zamknął, więc Dialga musiał wracać. Odstawił mnie obok przyjaciela,
pokłonił się po raz kolejny i z prędkością światła wleciał do portalu.
- Misja zakoñczona. Nie chcę nic mówić, ale masz kwalifikacje na agenta pokemon…a może nawet na mojego partnera… kumplu?- powiedział Jack uśmiechając się wymownie.
***
Teraz znacie już moją historię. Mam na imię Lucas. Lucas Brown. I jestem agentem pokemon.
 
Odpisz
#3
Miejsce 3: MaxGlauver


Przygoda Aiki

Cała przygoda rozpoczęła się w Nimbasie, w regionie Unova. Na przedmieściach mieszkała w domku wraz z córką pewna kobieta – Obara. Obara pracowała w pokecentrum, dlatego szybko zaraziła córeczkę pasją do pokemonów, wszak często przynosiła poranione lub porzucone pociechy i leczyła je w domu. Aika odziedziczyła troskliwość po matce. W każdej wolnej chwili po szkole pomagała swojej mamie w obowiązkach pielęgniarki, jednak zazwyczaj sprzątała i zabawiała podopiecznych.

I w ten sposób mijały jej kolejne lata, miłość do stworzonek pojawiła się u Aiki już gdy zaczynała mówić swoje pierwsze słowa - od tamtej pory rzadko widywała się ze znajomymi, bo wolała przytulaśne stworki od, często zakłamanych i fałszywych, przyjaciół. Niekiedy zdarzało się, że przez pochłonięcie zabawą z pokemonami zapominała o swoich faktycznych obowiązkach, jednak całe szczęście ten okres czasu był już dawno zakoñczony.

Przed jedenastymi urodzinami oczy Aiki były wielkie jak złotówki, na kilka dni przed tym wydarzeniem chodziła podekscytowana, ciągle tylko powtarzała Obarze, jak to wiele przygód nie będzie miała w tym wielkim świecie. Dzieñ po urodzinach spotkała się z matką po raz ostatni - było to 10 lat temu.

Jej Servine towarzyszył jej w każdej wyprawie. Prawie nigdy się nie rozstawali, ich najdłuższa rozłąka trwała może... dwa, trzy dni. Aika dbała o niego jak o własne dziecko. Po każdej walce doglądała jego zdrowia i skupiała się na samopoczuciu, a nie treningu pokemona.

Przez pogoñ za marzeniami zapomniała o matce. Nie odwiedziła jej, nie zadzwoniła... nawet nie poprosiła o numer telefonu, przecież taki dzieciak by go nie zapamiętał - nie odpowiedziała na “do zobaczenia”, które były ostatnimi słowami z ust Obary, które usłyszała dziewczynka. Gdy ekscytowała się swoim wyjazdem, nawet nie pozwoliła matce czegokolwiek powiedzieć - obudziła się w niej choroba. Nowotwór.

Z garstką znajomych poznanych w obozie wszystko stawało się lepsze. Cały świat, nawet niepowodzenia, budziły w grupie śmiech, a Aika często czuła się pośród nich jak w siódmym niebie. Dziś dziewczyna chodziła po niemal wykarczowanym lesie nieopodal wulkanu na wyspie Cinnabar. Erupcja wulkanu zniszczyła, oprócz sali Blaine’a, oczywiście, prawie połowę wyspy. Sam Blaine zmarł, razem z nim kilka tysięcy pokemonów... na myśl o tej tragedii Aika miała ciarki, choć wiedziała, że również i jej Servine nie jest już najmłodszy i może wkrótce dokonać żywota. Mimo swojego wieku lęk trzymał ją na łañcuchu, nigdy nie pogodziła się ze zjawiskiem przemijania i brakiem nieśmiertelności.

Od samego początku odradzała przyjaciołom ten wyjazd, jednak, nie mając nikogo innego, musiała się z nimi tam wybrać. Liczyli, że tylko najwytrwalsze pokemony pozostaną na zalanej lawą wyspie, że może przez obecność milionów ton obsydianu wykształcą się nowe typy... to, co niedługo miało się im ukazać, przerosło najśmielsze oczekiwania grupy.

Kilka godzin bezsensownego łażenia w tę i we w tę sprawiły, że humory już nikomu nie dopisywały a prosili oni jedynie o zakoñczenie wyprawy i powrót do portu. Nie wypadało się spóźnić na prom, który zabierał śmiałków do Alabastii. Do tego był piekielnie drogi, a bilety by przepadły, w związku z czym musieli pędzić przed siebie.

Najlepiej było iść wybrzeżem, ponieważ plaże nie były pozarastane roślinami i nie było łatwo się o cokolwiek potknąć. Do tego piękna, przejrzysta woda i chłodna bryza sprawiały, że dużo przyjemniej szło się plażą, niż przedzierało przez zarośla opuszczonej wyspy. Wbrew przypuszczeniom przyjaciół nie było tu zbyt potężnych pokemonów, za to, jak zwykle bywa w porzuconych miejscach, wulkan zasiedliło mnóstwo pokemonów-duchów.

Podróż obfitowała w wiele wrażeñ, dla przykładu - szkło w stopie Aiki, polujący Gyarados... nagle za przyjaciół niemal porwał wiatr, który rozhulał się kilka minut po ostatnim ujrzeniu wspaniałego pokemona przypominającego węża. Felix, jeden z trenerów, próbował obejrzeć się za siebie, ponieważ nie mógł to być zwykły wiatr, ku jego zdziweniu, on jakby “pulsował” - co kilka sekund uderzały ich kolejne, choć już słabsze, fale powietrza, co pozwoliło im na ujrzenie powodu tego zjawiska... Przed podróżnikami przysiadł majestatyczny, błyszczący tysiącem kolorów, gigantyczny Ho-oh. Felix bez większego namysłu rzucił się ku ucieczce, jednak pokemon zarzucił skrzydłem i wrzucił go, prawdopodobnie już martwego, do wody, około trzydziestu, czterdziestu metrów od brzegu.

Pokemon spojrzał na grupę dość nieufnie, nie do koñca potrafił przekonać się do ludzi, którzy wtargnęli na, najwyraźniej jego, wyspę. Zbliżył do nich swój wielki dziób, potrącił lekko Aikę i... wzbił się w powietrze.

- To chyba znak. Pozwolił nam tu zostać. - Powiedziała zaszokowana Aika.

Przyjaciele stali jeszcze kilka minut w bezruchu próbując opanować natłok myśli, ale szybko przypomnieli sobie o prawdziwym celu swojej podróży przez plażę - już niedługo miał przybyć prom, więc, cały czas rozmawiając o spotkaniu z legendą, grupa szybko pobiegła do portu.

Tam marynarz kłócił się z turystami, którzy zaczęli wykrzykiwać z całych sił, że widzieli go, legendę! Mężczyzna nie chciał im wierzyć, by urwać rozmowę kazał wskakiwać na prom. Na widok grupy trenerów zmierzającej z plaży machnął tylko ręką, by wsiadali, bo wiedział, że wkrótce usłyszy kolejną porywającą opowieść o legendarnym ptaku. Silnik zaburczał, kapitan zdjął linę z pachołka na pomoście i ruszył w stronę Alabastii, na północ.

Nie minęło kilkanaście minut, a prom prawie wywrócił się na bok, tak mocno zawiały... skrzydła Ho-oh'a. Zadziwiony marynarz oniemiał, puścił ster statku – i to było gwoździem do trumny promu, ponieważ unoszący się w powietrzu legendarny pokemon musiał się jakoś utrzymać, dlatego cały czas machał skrzydłami, jak gdyby próbował rozbić statek na części silnymi podmuchami powietrza. Ostatnim, co zapamiętała Aika z podróży był zatrważający dźwięk, jaki wydał z siebie pokemon, po czym użył ataku “Steel Wing”, co było dość dziwne, bo mógł się go nauczyć jedynie poprzez TM. Ale mniejsza o to – Aika wylądowała po akcji ratunkowej w szpitalu, na obserwacji.

Wedle tego, co mówiły media, po ataku Ho-oh'a łajba poszła na dno, a udało się uratować jedynie pozostałą dwójkę przyjaciół Aiki, ją samą i kilku innych pasażerów. Pokemon po zdarzeniu odleciał w kierunku wygasłego wulkanu, nigdy więcej już nikt go nie zobaczył.

Aika otwarłszy oczy zobaczyła jedynie pustą salę szpitalną. Za ścianą słyszała kroki, jednak nikt nie zamierzał do niej przyjść. Nie była podłączona do kroplówki, jedynie mierzono jej tętno. Obok niej leżała jedna z kobiet, która została poszkodowana w ataku legendarnego pokemona, oraz jedna z jej przyjaciółek. Na obserwacji Aika pozostała jeszcze kilka dni.

Po tej przygodzie dziewczyna postanowiła zawiesić swoją przygodę z kochanymi stworkami, na jakiś czas pożegnała się z przyjaciółkami i wszystkie ruszyły w stronę rodzinnych regionów - Gasora do Johto, Lorena do Hoenn, a Aika, jak wiemy – do Unovy. Podróż nie trwała długo, samolotem szybko dotarła do Nimbasy, gdzie postanowiła odwiedzić matkę, której nie widziała ponad 10 lat. Miasto bardzo się zmieniło, do tego stopnia, że musiała pytać miejscowych, którędy dotrze na daną ulicę.

Kilkanaście minut później dotarła jednym z podmiejskich autobusów pod adres domu. Nie ujrzała tam pięknego ogródka, zagród dla pokemonów, małego samochodu, jakim jeździła Obara... za to spotkała przestraszone jej obecnością dzieci, które natychmiast przestały się bawić i pobiegły do domu. Na schody wyszła pewna kobieta... nie była to Obara. Wzięła szczotkę i zbulwersowana skarciła dziewczynę, że straszy jej dzieci. Aika całe szczęście wytłumaczyła sprawę w dosadny sposób, co pozwoliło jej dowiedzieć się, gdzie mieszka teraz jej matka. Aika wsiadła z kobietą w samochód, gdyż obiecała ona odwieźć ją do tego miejsca.

Podekscytowana dziewczyna podczas podróży nie mogła wytrzymać presji. Bała się, że własna matka jej nie pozna. Strach towarzyszący jej szybko przerodził się jednak w szczęście, gdy poczuła, że samochód hamuje. Kobiecie nie było tak do śmiechu - poprosiła Aikę, by wysiadła, po czym i ona opuściła auto.

Kobiety znalazły się na cmentarzu.
 
Odpisz
#4
Miejsce 4 bzyki1991

Opowiem wam pewną historię moi mili,
byście dłużej się tak nie nudzili.
Było to kiedyś, nie tak dawno temu,
Jest to historia bliska sercu memu.
Był ranek słoneczny, dzieñ jak każdy inny,
Nastał wtem czas na syty obiad rodzinny.
Dziadek, najstarszy z rodu, ten który walczył z Rayquazą,
Wstał w trakcie obiadu i krzyknął: "Okrytym jest skazą!"
Walczył lecz przegrał, mino krwi przelanej w walce,
Cóż począć - dodał dziadek, tak koñczą zuchwalce.
Wiedziałem, że dziadek już dawno się z tym męczy,
Z drugiej strony wiem, że nad czymś ślęczy.
Misterny plan, tworzony przez lata,
Coś co przerasta myśli małolata.
Dziadek przedstawił mi plan bardzo chytry.
W koñcu mój dziadek jest bardzo bystry.
Powiedział tak: " WeŸmiemy kompas, scyzoryk i inne rzeczy,
Nie pozwolimy, by dopuścić coś, co nasz plan zniweczy.
Ruszymy jutro w drogę, krętą, długą i pełną zasadzek,
Trudniejsza będzie od dotychczasowych przechadzek.
Ruszyliśmy nazajutrz, już bardzo wczesnym rankiem,
Nie byłem wyspany, bom nie jest rannym ptakiem.
Szliśmy bardzo długo, przez lasy i pola,
Droga dłużyła się jak do Konstantynopola!
Złapaliśmy po drodze już dwa Caterpie!
Moja mama ich strasznie nie cierpi!
Nie wiem w sumie po co je wzieliśmy, pewnie je oddamy,
Zysk z tego żaden. Wiem! W hodowli je tanio sprzedamy.
Idziemy idziemy, lecz dojść nie możemy,
Choć w walce miejmy nadzieję się wykażemy.
Zjeść coś musieliśmy, więc pomysł był taki:
Zastawimy pułapki i złowimy ptaki!
Tak też zrobiliśmy i złapaliśmy Duckletta!
Prędko z niego zrobiliśmy pysznego kotleta.
Poszliśmy dalej w stronę wysokich wzniesieñ,
Chcieliśmy tam dojść nim nastanie jesieñ.
Nie mineły dwa dni, a tam predko dotarliśmy,
Porażki w tej wyprawie nie dopuszczaliśmy.
Na sam szczyt góry Alexana trudno było się dostać,
Lecz zbyt daleko zaszliśmy, by na dole pozostać.
Dziadek wyciągnął swą laskę do góry,
Tak jakby chciał pokazać mi chmury.
Laska zadrżała i ognieñ zeñ buchnął,
Potem dziadek nią mocno wymachnął.
Tym razem piorun z niej wystrzelił, aż do nieboskłonu!
Siła ta potężna zmusiła dziadka do niskiego skłonu.
Wtem z nieba wyłonił się potężny wąż.
Dziadek wtem stanął jak wielki mąż.
Rayquaza no tak! Przecież to ona!
Czy dziadka mego i dziś pokona?
Dziadek wybrał do walki swego najlepszego smoka.
Niech go teraz Rayquaza w jego nos wycmoka!
Jego Charizard trenowany przez lata.
Jest z niego potężna bestia skrzydlata.
Dziadek od razu użył jego mega ewolucji.
By dokonać w życiu tej wielkiej rewolucji.
Inferno jako pierwszy atak zastosował.
Przeciwnika tym samym zneutralizował?
By spalić ogniem piekielnym tą legendę wielką,
Należy wstać i przyłożyć swą siłę wszelką.
Rayquaza nie tknięta, czeka na kolejny atak,
W międzyczasie szykując silny przeciwatak.
Jako drugi dziadek smoczy impuls wystosował.
Jednak w dalszym ciągu Rayquazy nie porysował.
Dziadek do mnie krzyczy: "Rzuć mi Caterpie!
Mam nadzieję, że ta bestia tego nie ścierpi"
Zdziwiony, że taki maluszek na takiego potwora?
Lepiej jest się chyba schować do wora!
Lecz dałem dziadkowi to czego chciał.
Jednak wielki strach mnie wtedy obleciał.
Dziadek pewny siebie String Shot zastosował.
Tym samym rychy Rayquazy zminimalizował.
Rayquaza unieruchomiona już walczyć nie może.
Zapewne jej nikt dzisiaj i tutaj nie pomoże.
Ostatni atak Charizarda już dobrze dziadku znany.
I tutuł zwycięzcy dziadkowi zostanie przyznany.
Atak Fissure zadziałał tak jak powinien.
Honory dziadkowi jestem dziś winien.
Rayquazę złapaliśmy choć nie było łatwo.
Wykrzyczone zostało: "żegnaj moja klątwo".
Więc spać spokojnie już dziadek będzie.
Gdyż nam członek drużyny nowy przybędzie.
Rzec należy, że nie byle jaki.
Podobny do nas, bo my są wojaki.
Morał z tej historii dziś wam podpowiem.
I waszą przyszłość jednocześnie przepowiem.
Walczcie o swoje, o honor, ojczyznę.
Nie do pucharów o swoją pierwszyznę.
Droga będzie trudna i wyboista,
Lecz honor i duma to sprawa oczywista.
 
Odpisz
#5
Miejsce 5 Isian



Z pamiętnika dziedzica rodu Marshów


Anglia, posiadłość rodu Marshów, 22 lipca 1912 AD


Po pokoju walały się porozrzucane książki i podarte papiery. Przewrócony regał blokował przejście. Oliver Marsh czuł jak powoli ogarnia go szaleństwo. Ze swojej ogromnej rodzinnej posiadłości na starych bagniskach nie wychodził już od wielu tygodni. Całe dnie przesiadywał w bibliotece, szukając informacji na temat opuszczonego cmentarzyska. Widział je w snach. Widział je na jawie. Gdzie nie spojrzał, jak przez mgłę majaczyły opuszczone nagrobki, przewrócone krzyże i rzeźby cmentarne, patrzące na niego złowrogo. Czuł na plecach spojrzenia z każdego zakątku dworu. Wiedział, że musi rozwiązać tą tajemnicę, choćby miał przypłacić za to życiem. Długie tygodnie poszukiwań nie przyniosły jednak żadnych odpowiedzi. Żadnych wskazówek. Odchodził od zmysłów.
“Chodź do mnie.”
I ten głos w głowie. Ten obłąkany głos, który ciągle szeptał…
Oliver podniósł z podłogi kolejną książkę - stare tomisko w skórzanej oprawie z pożółkłymi stronami i zaczął wertować ją nerwowo w nadziei, że to w niej odnajdzie trop.
Wtem... rozległo się skrzypienie drzwi. Oliver zaciekawiony uniósł wzrok znad lektury.
“Chodź do mnie.”
Dźwięk dochodził z piwnicy. Wiedziony wewnętrzną siłą ruszył w stronę jego źródła. Stopnie trzeszczały lekko z każdym krokiem.
“Chodź do mnie.”
Dźwięk zdawał się być coraz wyraźniejszy. Oliver znalazł się w ciemnej komnacie, gdzie na zakurzonych stojakach, trzymane były stare butelki z winem oraz inne trunki. Nie kłopotał się by zapalić lampę. Wiedział gdzie ma iść.
“Chodź do mnie.”
Posłusznie ruszył przez mrok do kolejnego pomieszczenia - starej graciarni. W całym pokoju porozrzucane były nieużywane od dekad rupiecie i zniszczone sprzęty domowe. Niektóre pamiętały jeszcze czasy jego pra-pradziadka, założyciela rodu - owianego legendą Abernathy’ego Marsha. Wiedział, że gdzieś tu znajduje się odpowiedź na dręczące go pytanie.
“Podnieś mnie.”
Usłyszał w głowie tym razem. Jego dłoń instynktownie dotknęła zimnej kamiennej ściany. Czuł pod opuszkami palców pulsowanie mrocznej energii. Kwarcytowa płytka była poluzowana. Wyciągnął ją. W małej wnęce znajdowała się stara drewniana szkatułka inkrustowana złotem i srebrem. Zawartości bronił solidny żelazny zamek z kłódką. Wrócił ze zdobyczą z powrotem do biura. Tajemnicza zawartość szkatułki wzywała go. Zdjął z szyi zawieszony na łańcuszku niewielki zardzewiały kluczyk. Znalazł go kilka tygodni temu gdy przeszukiwał komnatę, należącą niegdyś do jego pra-pra dziadka. Leżał ukryty pod spróchniałą podłogą. Dziedzic rodu Marshów już wówczas wiedział, że ta relikwia stanowi pokaźną wartość. Nie pomylił się. Klucz gładko wszedł do zamka. Przekręcił i kłódka ustąpiła. Z cichym skrzypnięciem otworzył skrzyneczkę. W środku znajdował się zwinięty pergamin i tajemniczy krwiście-czerwony kamień, połyskujący lekko w świetle znajdującej się na biurku oliwnej lampy. Minerał pulsował prawdziwą mocą. Bijący od niego mrok wzbudzał niepokój. Dreszcze powędrowały po plecach Marsha wzdłuż kręgosłupa, powodując nieprzyjemną konwulsję. Wzdrygnął się i dotknął kamienia. Wtedy też poczuł jak głowa eksploduje tysiącami obrazów. Te same popękane groby. Te same wpatrujące się weń pary czerwonych ślepiów, które widział już wcześniej w swoich koszmarach, stały się znacznie wyraźniejsze. Niemal namacalne. Zobaczył też zniszczoną fontannę wypełnioną czarną jak smoła breją i stojący za nią grobowiec. Głos dobiegający z wnętrza krypty wzywał go, tak jak wcześniej wzywała go ta szkatułka. Przerażony, odrzucił kamień z powrotem do skrzyneczki. Ostrożnie rozwinął pergamin. Zdawało się, że wiekowy zwój w każdej chwili mógł rozsypać się w pył ze starości. Jego oczom ukazała się mapa. Czerwonym, wyblakłym już atramentem zaznaczona była ścieżka prowadząca od posiadłości, poprzez bagniste wzgórza, aż do miejsca pośrodku starego zarośniętego zagajnika. Tam trasa urywała się. Pergamin wcisnął za pazuchę, kamień do kieszeni płaszcza, chwycił lampę i ruszył wyznaczoną ścieżką.
Droga zawiodła go przez moczary ciągnące się na olbrzymich połaciach należących do Marshów ziem. Stopy zapadały się w gęstym błocie, zdradliwe mokradła czekały na jeden fałszywy ruch. Mimo, że przed oczami wirowało ze zmęczenia, parł dalej niestrudzenie, napędzany złowieszczymi szeptami mrocznego kamienia, spoczywającego bezpiecznie w kieszeni. Ilekroć zatrzymywał się lub choćby zwalniał, by chwilę odpocząć, kryształ zdawał się rzucać obelgi i przekleństwa pod jego adresem. Było już grubo po północy gdy wreszcie dotarł do zagajnika. Drzewa zdawały się wić niczym rozszalałe potwory w ciemnościach nocy, na których nikłe światło lampy nie robiło żadnego wrażenia. Wiedziony tajemną siłą ruszył naprzód pomiędzy konarami. Na plecach czuł spojrzenie setek par oczu, ostre gałęzie raz po raz boleśnie smagały go po twarzy i ramionach. Wreszcie gęstwina przerzedziła się a Oliver wkroczył na opustoszałe cmentarzysko - to samo, które widział w swoich wizjach. Rzędy nagrobków pokryte były mchem. Z tu i ówdzie popękanych płyt sterczały suche gałęzie niczym ramiona pochowanych tu członków rodu Marshów. Pomniki leżały żałośnie pośród zarastającej je trawy, strącone przez nieubłagany czas.
Z transu wyrwało go upiorne pohukiwanie kruków. Przez moment owładnęło nim przerażenie. Chciał uciekać z tego ogarniętego złą mocą miejsca lecz po chwili wszystkie obawy ucichły. Kamień kazał iść dalej.
W centrum nekropolii odnalazł znaną z koszmarów fontannę. Za nią znajdował się największy ze znajdujących się tu grobowców. Jednocześnie, zdawało się, najstarszy i najbardziej doświadczony przez czas. Jedyny zachowany napis pokryła warstwa zielonego porostu. Olivier ostrożnie przetarł rękawem kamienną płytę.
“Tu spoczywa Abernathy Marsh, wierny…” - reszta napisu była nieczytelna. Grobowiec pra-pradziadka. Wszedł do krypty i… płomień w lampie zatańczył na moment i zgasł, mimo, że Olivier nie poczuł na twarzy nawet najmniejszego podmuchu wiatru.
“Naprzód!” Usłyszał w myślach wśród rzeki słów mamrotanych w jakimś niezrozumiałym pradawnym języku. Posłusznie szedł dalej, aż całkowicie pochłonęła go ciemność grobowca.
“Nie zatrzymuj się!” Szept w uszach nasilał się z każdym krokiem, aż przestał być szeptem. Teraz już słyszał w myślach tylko krzyk, przeraźliwy skowyt. Wyciągnął przed siebie dłonie, by po omacku przeć naprzód. Nagle… ciemność rozświetlił błysk kilkunastu pochodni zapalonych w jednym momencie. Znajdował się w wielkiej sali, po obu jej stronach stał rząd niemych akolitów w białych szatach z kapturami zaciągniętymi głęboko na oczy. W dłoniach ściskali świeżo rozpalone pochodnie. Oliverowi zdawało się, że nie mają twarzy. Stali zupełnie nieruchomo niczym posągi lub woskowe figury, lecz czuł na sobie ich ciężkie spojrzenia. Naprzeciw niego znajdował się kamienny stół ofiarny, wyposażony w rytualny nóż, ozdobną kamionkową misę i złoty kielich. Nad ołtarzem górował olbrzymi posąg sześcionogiej skrzydlatej bestii. Pokraczny tułów stwora okalały pozłacane półpierścienie. Podobne sterczały po obu stronach paszczy, chroniąc pysk tajemnej istoty niczym hełm. Rubinowe ślepia nieruchomo wpatrywały się w Oliviera, odbijając rozbiegane płomienie pochodni. Głosy umilkły nagle odsłaniając jeden pradawny, potężny szept:
“Połóż klejnot na ołtarzu.”
Dziedzic rodu Marshów zawahał się chwilę, lecz wtedy zawodzenie w głowie stało się nieznośne i otoczyło jego myśli niczym macki. Ręka mimowolnie powędrowała do kieszeni. Umieścił minerał we wskazanym miejscu.
“Nóż” - Usłyszał. Mimo lakonicznej wypowiedzi doskonale wiedział co miał zrobić. Wątpliwości znów rozwiał bolesny skowyt. Sięgnął po leżący na ołtarzu rytualny sztylet. Czarna tafla obsydianowego ostrza była tak gładka, że mógł dostrzec odbicie swojej twarzy - umęczonej, poranionej, z zaczerwienionymi oczami. Mocniej ścisnął ozdobną rękojeść wykonaną z kości słoniowej i jednym pewnym ruchem przeciągnął ostrzem po przedramieniu. Z rany natychmiast powędrowała stróżka szkarłatu i krew zaczęła zbierać się w złotym kielichu. Głos w głowie całkiem zniknął a Olivier poczuł, że mroczna siła, która do tej pory kierowała każdym jego ruchem ustąpiła. Jej miejsce zajął paraliżujący strach. Potężna eksplozja fioletowego światła odrzuciła go w tył. W miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą stał, pojawiła się anomalia zasłaniająca niemal cały posąg. Z niej niczym z kokonu zaczęła wypełzywać poczwara. Olivierowi serce podeszło do gardła. Bestia na żywo wyglądała jeszcze straszniej niż w postaci nieruchomego posągu. Jej ślepia skrzyły się złowieszczo, skrzydła, spowite jakby ciemną mgłą, łopotały rytminicznie. Znajdujące się na nich ostre czerwone szpony mogłyby bez trudu rozpruć dorosłą osobę od stóp do głowy jednym ruchem. Gdy bestia w całości wyszła z otaczającej ją fioletowej poświaty, anomalia zniknęła. Wtedy akolici padli na kolana niczym przed z dawna zapowiadanym bóstwem. Olivier podniósł się ociężale.
- Kim… jesteś?
Bestia spojrzała na jednego z akolitów. Ten nagle oderwał się od ziemi unosząc na kilka stóp w górę. Głowę odrzucił w tył, zsuwając kaptur. Jego twarz wykrzywił nagły bolesny grymas, z ust wydobył się jęk. Oczy wywrócił do góry tak, że widać było tylko przekrwione bielmo. Kończyny wiły się i wykręcały do nienaturalnych pozycji. Trwała to jedynie kilka sekund. Potem opadł z powrotem na kamienną posadzkę krypty.
- Jam jest Giratina! - Odezwał się potężnym głosem opętany akolita. - Pan i Władca wszystkich wymiarów! Najpotężniejszy z pokemonów w Starym Świecie. Długo obserwowałem tą sferę z mojego więzienia. Powrót utorował mi wierny sługa Abernathy Marsh. A teraz oddaj mi pokłon żałosny śmiertelniku, a być może pozwolę Ci żyć u mojego boku jako jeden z moich wyznawców - tak jak twoim przodkom.
Oliver stał oszołomiony. Kolana uginały się pod nim, ale zwalczył pokusę klęknięcia. Nie czuł już w sobie mroku.
- Po co tu przybyłeś stworze?
- Powiedziałem “Na kolana!” - Tym razem Marsh poczuł jak jego ciałem zawładnęła moc bestii. Posłusznie opadł na zimne podłoże. - Przybyłem by władać wszystkimi należnymi mi światami. Czas spokoju dla tego wymiaru się skończył. Teraz zapanuje mój terror. - Akolita wybuchnął szaleńczym śmiechem. - Wojny, ofiary z ludzi i wszechobecny strach… Oliverowi przed oczami stanęła Nancy, jego malutka córeczka. Jej uśmiech bledł z każdym słowem potwora. “Dlaczego tatusiu?” - Zdawały się bezgłośnie pytać jej nieme usta.
- Nie pozwolę na to! - Przerwał bestii. Doskoczył do opętanego kapłana i jednym ruchem obsydianowego ostrza rozciął mu krtań. Ciepła krew chlusnęła na jego twarz i ubranie. Ciało sługi bezwładnie opadło na posadzkę z donośnym stuknięciem.
Dookoła niego rozległ się przeraźliwy rechot z jedenastu gardeł. Giratina przejął kontrolę nad wszystkimi pozostałymi akolitami. Wolnym krokiem zbliżali się w jego kierunku. Marsh wymachiwał ostrzem na oślep, jakby to miało odpędzić wrogów, lecz ci nic sobie z tego nie robili. Ich opętańczy chichot ogłuszał go, sprawiał, że nogi pod nim uginały się. Poczuł szarpnięcie od tyłu, a kolejne uderzenia nadeszły ze wszystkich stron. Kopali go i bili po całym ciele. Próbował zasłaniać się rękami, lecz niewiele to pomogło. Ciemność zakradała się gdzieś z oddali, coraz bliżej. Powoli tracił świadomość. Czuł jak jego dusza z każdym kolejnym ciosem opuszcza ciało. Wreszcie z cierpienia wyrwała go nieprzenikniona pustka.


Chciałbym móc teraz powiedzieć, że to historia ze szczęśliwym zakończeniem. Że Oliver Marsh - mój dziadek - znalazł sposób na powstrzymanie bestii. Niestety, umarł tamtego wieczora na dnie krypty skatowany na śmierć i opuszczony. Dziś my wszyscy płacimy za to straszliwą cenę, żyjąc w świecie gdzie władzę ma potężne bóstwo zagłady. Cierpimy choroby i wojny. Boimy się i nienawidzimy. Bestia na każdym kroku szepcze nam do ucha tak jak kiedyś szeptała mojemu dziadkowi. Dziś wszyscy jesteśmy sługami potwora


KONIEC
 
Odpisz
#6
Miejsce 6 Barbarossa




LEGENDA


Ujadanie Sopla obudziło mnie ze snu. Na śnieżnych pustkowiach zawitał nowy dzień. Słońce było wysoko a niebo czyste, pozbawione choćby jednej chmurki, włoski w nosie marzły przy każdym wdechu. To oznaczało tylko jedno, siarczysty mróz. Na szczęście byłem dobrze wyposażony. Kurtka z futrzastym kołnierzem, grube spodnie i ocieplane buty do których w razie potrzeby przyczepiałem rakiety śnieżne. Poprawiłem szal na twarzy oraz ciemne gogle na oczach i ruszyłem oporządzić swoje pokemony które czekały już w gotowości. Osiem rudych piloswinów, objuczonych i związanych ze sobą jeden za drugim. Od trzech dni wędrowałem wraz ze swoją karawaną na północ do tamtejszego miasta które o tej porze roku było odcięte od świata. Miejscowa Siostra Joy czekała na lekarstwa i niezbędny sprzęt medyczny który znajdował się w jukach moich piloswinów. Z pomocą mojego glaceona który wabił się Sopel wszystko poszło sprawnie, mogłem ruszać.
Pokemony podążały jeden za drugim pozostawiając długą bliznę na bezkresnej bieli. Opatulony pasiastymi skórami ze swinubów, leżałem na saniach które ciągnął drugi z piloswinów. Sopel patrolował okolicę nic nie zapowiadało kłopotów. Niestety pojawiły się tuż po wkroczeniu na zamarznięte jezioro. Prowadzący karawanę pokemon zawył z bólu. Czym prędzej podbiegłem do swego przewodnika. Pod długim futrem w przedniej racicy tkwił kolec. Wyglądało na to, że niefortunnie trafił na zamarzniętą w lodzie porzuconą skorupę cloystera. Pokemon krwawił obficie. Zabrałem medykamenty których wiozłem całą masę i starannie opatrzyłem ranę. Na szczęście udało się powstrzymać wyciek krwi. Niestety na śniegu pozostały krwawe ślady. Z niepokojem patrzyłem na wschodnie wzgórza które zamieszkiwały groźne bearcticki. Wiatr wiał z zachodu właśnie w tamtą stronę...
Co kilka chwil nerwowo sprawdzałem czy mój pokeball z liderem w środku jest na swoim miejscu. Wielki Cios, mój mamoswine był bardzo dobrze wytrenowanym pokemonem, który bez trudu poradzi sobie z każdym dzikim bearctikiem. Już niejednokrotnie, skutecznie obronił mnie i moje pokemony. Mimo to mocno się denerwowałem. Karawana szła wolniej prowadzona przez rannego przewodnika. Na szczęście zbliżaliśmy się do przełęczy. Tam zapach krwi nie roznosi się tak szybko i łatwiej jest się bronić. Nagle Sopel zaczął głośno ujadać. Zacząłem wytężać wzrok we wschodnim kierunku. Nic nie zauważyłem, lecz moje kudłate pokemony stały się bardzo nerwowe i przyspieszyły.
Pierwszą bestię zobaczyłem dopiero kiedy pobiegł w jej stronę Sopel. Potem pojawiły się kolejne i następne. Sześć wygłodniałych bearctików szarżowało w stronę mojej karawany! ściągnąłem szal i gwizdnąłem na mego glaceona który natychmiast wrócił do nogi. Szybko rozpiąłem piloswiny by mogły ustawić się w szyku obronnym. Nie było dobrze. Znajdowaliśmy się wśród wysokich zasp co utrudniało ucieczkę, atakowały nas bearctiki które przecież nigdy nie polują w stadach, są samotnikami. Wszystko wskazywało na to, że wiatr rozwiał zapach krwi bardzo daleko. Wygłodniałe pokemony nacierały z kilku stron. Sięgnąłem po pokeballa.
- Ruszaj Wielki Ciosie! - krzyknąłem.
Nic się jednak nie wydarzyło. Dlaczego?
Ruszaj Wielki Ciosie! - krzyknąłem ponownie.
Nic... Stanąłem jak wryty. Nie rozumiałem dlaczego mój lider nie chce opuścić pokeballa? W tym czasie Sopel zaatakował jedną z bestii lodowym wiatrem. Niestety nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia. Chwilę później zwinny glaceon uniknął kontrataku. Spróbowałem raz jeszcze wezwać mego lidera lecz tak jak poprzednio, nie powiodło się. Wtedy zrozumiałem, pokeball zamarzł! Pierwsze sygnały paniki zaczęły docierać do mojej głowy, starałem się jednak zachować zimną krew. Co w tej niskiej temperaturze nie powinno sprawiać problemu... Jednak kiedy zobaczyłem jak dwa bearctiki dopadły pierwszego piloswina straciłem głowę. Obezwładniony lodowymi atakami rudzielec nie miał szans. W akcie desperacji rzuciłem w nie zamarzniętym pokeballem. Efekt był opłakany. Jeden z nich odwrócił się w moją stronę. Przełknąłem ślinę. Kontem oka zobaczyłem, że inny piloswin leży martwy i już jest pożerany przez trzy wygłodniałe pokemony. Wuj zawsze powtarzał, że w takiej sytuacji trzeba poświęcić kilka sztuk by bestie mogły się pożywić a z resztą uciekać. Ja jednak spanikowałem. Zacząłem uciekać w stronę wysokiej zaspy i wspinać się na nią. Jeden z bearctików ruszył za mną. śnieg był sypki, szybko zacząłem tracić stabilny grunt. Krzyczałem kiedy zacząłem ześlizgiwać się z zaspy wprost w paszczę wrogiego pokemnona. Zamachnąłem się czekanem i wbiłem go desperacko w śnieg.
Ku memu zdziwieniu metalowe narzędzie odbiło się od śniegu! Co to ma znaczyć? Pomyślałem. Nagle zacząłem się zsuwać coraz szybciej, nie wiedziałem dlaczego. Zdawało mi się, że śnieżny nasyp rośnie i staje się coraz bardziej stromy. Na dole czekała na mnie biała bestia. Krzyknąłem z przerażenia. Kiedy zobaczyłem nad sobą górującą postać bearctica z zakrwawionym pyskiem, zrozumiałem, że to mój koniec. Biały stwór ryknął, chlapiąc mnie krwią i śliną, poczułem nieprzyjemny odór jego oddechu. Czułem, że zaraz obezwładni mnie lodowym atakiem a potem... Przełknąłem ciężko ślinę. Potem mogło stać się tylko jedno. Desperacko wystawiłem czekan w jego stronę. Jedno kłapnięcie jego paszczy zamieniło moje narzędzie w drzazgi. Nadchodził mój koniec.
Niespodziewanie groźny pokemon zaczął się unosić w powietrzu. Ryczał i wierzgał bezradnie by po chwili runąć z impetem w śnieg. Rozległ się jęk i trzask łamanych kości. Nie wiedziałem co się dzieje ciągle leżałem na śniegu. Następnie potężny podmuch wiatru tworzący małe trąby powietrzne porwał kolejne bearctiki. Niestety wraz z nimi trzy piloswiny! Moja kupiecka głowa już zaczęła obliczać straty... Chyba zaczynałem mdleć. Kiedy wstałem zorientowałem się, że wszystkie drapieżniki uciekły lub leżały martwe z połamanymi kośćmi. Nastała grobowa cisza. Nawet wierny Sopel przestał ujadać. Patrzył tylko w moją stronę swoimi czarnymi ślepiami. Był przerażony.
Dopiero teraz zorientowałem się, że powietrze stało się jakieś inne, jakby naładowane energią. Wiatr ustał, panowała cisza którą zagłuszał tylko szybki oddech Sopla. Powoli zacząłem się odwracać. Miałem złe przeczucie.
Serce niemal wyskoczyło mi z piersi kiedy zobaczyłem wielką biało granatową głowę. Nie dowierzałem w to co widzę! Zacząłem drżeć jeszcze bardziej. By lepiej się przyjrzeć zdjąłem gogle chroniące przed śnieżną ślepotą, czułem że wzrok i tak wkrótce przestanie mi być potrzebny. Pysk przypominający dziób tkwił nieruchomo na odległość wyciągniętej ręki. Oczy z czarnymi źrenicami wyrażały gniew. Przez głowę przeszło mi tornado myśli. Lugia?Wszystko wskazywało, że stoi przede mną legendarny pokemon! Skąd Lugia na dalekiej północy? Ludzie opowiadali o Articuno, ale Lugia?! Nie mieściło się to w mojej głowie. Burzę myśli przerwał mi widok tworzącego się ataku przed głową pokemona legendy. Atak niewątpliwie był wymierzony we mnie. Czy to zaszczyt umrzeć za sprawą legendy? Pomyślałem i zacząłem bezwiednie wyciągać drżącą rękę w stronę dziobiastego pyska Lugii. Ostatnią rzeczą jaką pamiętam to gniewne spojrzenie czarnych oczu. Uderzenie odebrało mi dech w piersiach. Biel przysłoniła mi świat...
Umieram. Pomyślałem kiedy zdawało mi się że latam, było mi zimno i byłem sam. Dopiero po chwili obok mnie pojawiło się wielkie rozgniewane oko.
Głupcze! - usłyszałem swój własny głos. Lecz to nie były moje słowa. - Naiwny człowieku! Chciałeś dotknąć Legendę? Ha! Ha! Ha! - to był mój a zarazem obcy okrutny śmiech.
Potem nie było już nic. Oka, głosu, zimna, ani latającego mnie. Koniec. Poczułem przypływ ciepła. Umarłem, pomyślałem.
W zaświatach towarzyszyły mi moje poliswiny i ich spiżowy zapach, który był dla mnie przyjemny i niezwykle realny. Coś połaskotało mnie po nosie! Prędko otworzyłem oczy. Zobaczyłem niebo, było ciemne zasnute tysiącami gwiazd. ¯yję! Jak? W takim mrozie powinienem był zamarznąć. Zauważyłem, że leżę pośród ciemnej grubej sierści. Zapach podpowiedział mi, że to Wielki Cios. Nie myliłem się, mój wierny lider zdołał jakoś opuścić pokeballa i ocalił mnie przed niechybnym zamarznięciem. Sopel zaczął radośnie ujadać. Spojrzałem na pobojowisko i zrozumiałem, że muszę czym prędzej ruszać w drogę. Wkrótce zjawią się tutaj amatorzy łatwego posiłku. Zebrałem więc moje ocalałe piloswiny, objuczyłem je i ruszyłem w drogę.
Cieszyłem się, że żyję. Cieszyłem się, że zdołało przetrwać pięć piloswinów i niemal cały towar który nieść teraz musiał również Wielki Cios. Spojrzałem w rozgwieżdżone niebo. Uśmiechnięty pokręciłem z niedowierzaniem głową. Spotkałem Lugię! Prawie udało mi się dotknąć pokemona legendę... Ach. Westchnąłem. Nikt mi nie uwierzy.
 
Odpisz
#7
Miejsce 7 jinhaeng


"O moim spotkaniu z Legendarnym Pokémonem"

Dzisiejszy dzień był zdecydowanie najlepszym z całych wakacji. Uwielbiam pikniki! Wróciłam do domu i mimo radości, którą mi przyniósł, byłam bardzo zmęczona, chciałam jak najszybciej zasnąć.

Będąc w pokoju, zapaliłam wiszącą nad moim łóżkiem małą, drewnianą lampkę nocną w kształcie księżyca, pomalowaną na srebrno, z wizerunkiem Legendarnego Pokémona - Cresselii. Lampka, oprócz dawania dobrego oświetlenia, chroni mnie i moją Buneary przed koszmarami.

Położyłam śpiąca już Buneary na zwiniętym kocu przy moim łóżku. Przycupnęłam obok niej, przytuliłam i pogłaskałam za uchem, co bardzo lubi. Uśmiechnęła się.

- Dobranoc, słodziaczku - szepnęłam. Tak się cieszę, że ją mam.

Włożyłam koszulę nocną, usiadłam na łóżku i zgasiłam światełko. Zaczęłam powoli zniżać głowę w celu ułożenia jej wygodnie na poduszce. Zrobiłam to, lecz po chwili bardzo pożałowałam.

- Aaaaaaaaaał! - nie udało mi się powstrzymać krzyku, od którego aż zaschło mi w gardle. Czułam, jakbym położyła się na igłach, a nie poduszce. Energicznie podniosłam głowę, z której nie leciała krew, a ból od razu ustąpił.

Przestraszyłam się. Chciałam zapalić lampkę, ale zniknęła. Nie tylko ona - Buneary też nie było na jej kocu! Podbiegłam do drzwi na korytarz (może wyszła się napić?) i pociągnęłam klamkę z taką siłą, że aż ręka mi poczerwieniała. Drzwi się nie otworzyły.

Z moich oczu wypłynęły łzy. Bałam się. Nie miałam już siły krzyczeć, wypowiedzieć nawet krótkiego słowa. Dlaczego?

Oparłam się o drzwi i nagle moje stopy zaczęły się unosić, a z nimi reszta mnie. Chwyciłam się mocno klamki, ale to nie pomogło. Leciałam w górę, mocno zaciskając powieki i ochraniając rękami głowę przed uderzeniem w sufit. Gdy moje dłonie zetknęły się z nim, wszystko wokół zmieniło się w czerń. Byłam pewna, że to już mój koniec i nie próbowałam nic zrobić.

W oddali zobaczyłam jednak światło. Im bardziej zbliżało się do mnie, tym jaśniało. Zasłoniłam oczy, co parę sekund później nie było już potrzebne, bo ukazał im się piękny widok.

To była Cresselia - Legendarny Pokémon, chroniący mnie od koszmarów. Tak kolorowe stworzenie pośród całkowitej czerni pięknie się prezentowało. Podziwiając ją zupełnie zapomniałam o wszystkich złych rzeczach, które działy mi się jeszcze przed chwilą.

Przez krótką chwilę uśmiechała się do mnie, niestety nie miałam możliwości tego odwzajemnić. Byłam sparaliżowana. Dopiero, gdy zaczęła porozumiewać się ze mną:

- Potrzebuję TWOJEJ pomocy - ocknęłam się. Nieco zdziwiona odpowiedziałam:

- Mojej? Po co ci moja pomoc? Jesteś przecież bardzo silnym Pokémonem... prawda? Czy to sen? - to, że zadałam zdecydowanie za dużo pytań doszło do mnie dopiero po wypowiedzeniu ich. Cresselia zignorowała to.

- Zły Darkrai pokonał mnie i zabrał moją moc. Teraz nie mogę już manipulować snami i zapobiegać koszmarom. Nie możemy pozwolić, by ten Darkrai dostał się do naszego świata. Póki co, przemieszcza się między koszmarami ludzi i Pokémonów.

- Przecież to tylko sny. Złe i przykre, ale nie wyrządzają krzywdy! - to mi zrobiło się źle i przykro, bo przerwałam Cresselii.

- Nie w tym przypadku. Ten Darkrai nie należy do miłych. Nikt nie zdaje sobie z tego sprawy, ale jego koszmary uśmierciły już kilka osób - przerwała. Nie dowiedziałam się w jaki sposób, nawet nie chciałam.

Obawiałam się, że dotarł do mojej Buneary i zapłakałam. Cresselia, jakby widziała moje myśli, kontynuowała:

- Osoba bardzo przywiązana do swojego Pokémona może temu zaradzić. Ty nią jesteś. Twoja przyjaźń z Buneary to najpiękniejsza rzecz na świecie - odpowiedziała na moje pierwsze pytanie i zrobiła minę, jakby zadała mi zagadkę i oczekiwała, aż ją rozwiążę.

Nie miałam pomysłu na odpowiedź, więc po prostu jej się przyglądałam, kiedy zaczęła znikać. Zmieniała się w proszek, który powoli spadał na podłogę, a ja razem nim.

Wylądowałam bez problemu na puszystym dywanie i wszystko wróciło do normy, oprócz zniknięcia Buneary i lampki. Byłam potwornie zmęczona, ale nie chciałam, by poduszka znów mnie pokłuła, więc dywan służył mi za łóżko. Położyłam się i zasnęłam, jakby nic się nie wydarzyło.

Spodziewałam się normalnie obudzić w łóżku i nic nie pamiętać, znalazłam się za to w dziwnym miejscu, chyba jakiejś drewnianej komorze, co stwierdziłam po dotknięciu ściany. Prawie nic nie było widać, dopóki Cresselia nie pojawiła się nad koszami z jabłkami. Przypomniałam sobie nagle jej ostatnie, zagadkowe słowa, nad których znaczeniu się jeszcze nie zastanawiałam.

- Tym pokonasz Darkraia - Pokémon wskazał głową na jabłka.

- Skoro ty tu jesteś, to znaczy, że śnię, tak? - trochę ją zignorowałam.

- To nie jest teraz ważne. Atakuj! - zniknęła.

- Kogo mam atakować? Gdzie on jest? Cresselio! - krzyknęłam rozglądając się i myśląc. Nie chciałam robić Darkraiowi krzywdy, nawet jeśli użyłabym do tego jabłek.

Czekałam chwilę, ale w końcu się pojawił. Stał przede mną, a ja wyciągnęłam do niego rękę i posłałam mu uśmiech, on natomiast zdenerwował się i wyglądał na gotowego do ataku. Nie poddałam się jednak.

- Darkraiu, proszę cię, nie zmieniaj snów ludzi i Pokémonów w koszmary. Rozumiem, że musisz się czymś żywić, ale... mamy tu spory zapas jabłek - podniosłam jedno.
Gdy to zrobiłam, Darkrai odwzajemnił jeden z moich wcześniejszych gestów - uśmiech - i zabrał się do jedzenia jabłek. Zaśmiałam się. Chyba ten Darkrai bardzo lubi jabłka.

- I pamiętaj o oddaniu Cresselii mocy! - imię tego Legendarnego Pokémona zawsze mi o czymś przypomina, tym razem o jej pierwszych słowach: "Potrzebuję twojej pomocy". Czy pomogłam Cresselii? Nie walczyłam przecież z Darkraiem... miałam nadzieję, że nie będzie na mnie zła. Usiadłam na drewnianej podłodze i zamknęłam oczy, by lepiej to przemyśleć. Nie zdążyłam - obudziłam się.

Leżałam pod kocem, na moim łóżku, przytulona do Lopunny.

- Buneary, to ty? - podniosłam głowę z poduszki i bez sensu zapaliłam lampkę-księżyc. Był już poranek.

Z uśmiechniętych ust Lopunny usłyszałam tylko cichy chichot. Byłam już pewna, że Buneary ewoluowała przez sen.

Wstałam z łóżka, rozejrzałam się i dostrzegłam światełko na moim biurku. Od razu skojarzyło mu się to z lśniącą przepięknie Cresselią. Podeszłam tam i zdziwiłam się jeszcze bardziej, niż widząc Lopunny - tym czymś, co świeciło się, były Kamień Klucza i Lopunnit.
 
Odpisz
#8
Miejsce 8 Anastazja:


Poranny, słoneczny promień dziś mnie obudził,
Moje ambitne plany nie jeden wróg by ostudził,
Lecz wartko otwieram dziś swe lewe i prawe oko,
Bo wiem , że będę mierzyła swoimi celami bardzo wysoko.

Lewą stopą zejście z łóżka może wydać się pechowe,
Nie zmyli mnie to jednak, mam swe serce ambitne, gotowe,
Aby doznać dziś nie jednej szalonej przygody,
Z chęcią pokonam dziś poranne, nieprzyjemne chłody.

Chce być dziś do Kirlii bardzo podobna,
Więc muszę stać się niezwykle ozdobna,
W krótką sukienkę dlatego szybko wskakuje,
Za śniadanie jednak raczej podziękuje.

Wielu trenerów by to pewnie zniechęciło,
¯e grono czarnych Meowthów się przede mną kręciło,
Ale ja posiadam dziś swoje górnolotne plany,
Niech mnie spotka ten pokemon umiłowany.

Zamiar ten zdaje się niezwykle kreatywny,
Udowodnię, że ten dzień będzie pozytywny,
Zawsze do przodu dążyć będę śmiało,
Przygód nigdy nie będzie mi mało.

Górska wspinaczka mnie nie pokonała,
Lecz tylko mój apetyt ochoczo wzmagała,
Co pewien czas mi radośnie machały,
Ambipomy co na drzewach się kołysały.

Na szczycie zaś Leafeona małego spotkałam,
Lecz potem się niespodziewanie zmieszałam,
Gdyż poczułam, że z krainy przybywa,
Gdzie magia nie jednego przeszywa.

Taka to szlachetna istota,
Która się tak łatwo we więzi nie miota,
Uczucie Dialgi tej bliskiej obecności,
Sprawiło że miałam rozedrgane kości.

Jej urok mnie niezwykle oczarował,
Ale me serce do boju czym prędzej zgotował,
By nie poczuła się ta legenda taka swawolna,
W tym świecie do wszystkiego zdolna.

Wiem dobrze, że nie jest łatwa do zdobycia,
I nie odda mi tak prosto wspólnego życia,
Więc walki uroczej dziś czas zaczniemy,
A później razem bytować będziemy.

Wnet się wiele istot zleciało,
Wiedzą, że widowisko nie lada będzie się szykowało,
Hoothooty się do Noctowli poprzysiadały,
Razem spektakl niezwykły będą oglądały.
Chwila tej walki taka niesamowita,
Iż moja decyzja błędem nie jednym spowita,
Muka szybko do walki posłałam,
Lecz z jego porażką się tylko spotkałam.

Szaleńczo, więc Blazikenem próbuje,
Lecz i jego cios w ogóle nie skutkuje,
Oddech biorę i wiem przyda mi się w końcu rozwaga,
Bo za chwile po mojej stronie pojawi się biała flaga.

Klątwą Gastliego pole do walki następnemu szykuje,
Choć i jemu Dialga porażkę gotuje,
Jestem więc na półmetku moich zmagań,
Choć nie jeden by pomyślał, że bardziej niedomagań.

Venusaur przykleja swe niezwykłe nasiona,
Będzie wzmacniał mojego następnego pokemona,
Niepokój powoli u legendy z lekka obserwuje,
A może jednak to moje zwycięstwo zaskakujące się szykuje.

Plan mój wymaga jeszcze tylko tego,
Aby wyłączyć dla pewności szarfę skupienia jego,
Mr. Mime swoją ważną rolę czuje więc,
Teraz do ostatecznej rundy rodzi się we mnie chęć.

Gdy ze zmęczenia Thunderem mnie atakuje,
Rhydon nawet draśnięcia nie odczuje,
I choć wiem , że Horn Drill to procentowe ryzyko,
Czuje, że w końcu szczęcie dopisze, kończ się bijatyko.

I ten cios od dawna skrywany, krytyczny,
Staje się niezwykle użyteczny,
Więc łapię legendę bez namysłu,
Wielu trenerom by tu zabrakło rozmysłu.

I tak jestem niezwykle uraczona,
¯e mam tego niezwykłego pokemona,
Wiele osób bowiem próbowało,
A mi się jednej po trudnej walce udało.

Lecz nagle pojawia się u mnie dziwne pytanie,
Czy zdołam zdobyć jego do mnie umiłowanie,
Czy on się zgodzi na moje panowanie,
Nad jego istotą legendarną sprawowanie.

Więc wypuszczam go ryzykując srodze,
Być może, nie nadam się, słuszność okaże się mej trwodze,
A ta legenda na mnie zerka niespodzianie,
Jak bym zabrała głodnemu dziecku śniadanie.

Jej oczy tak niezwykle smutne,
Czy moje serce jest tak okrutne,
Czy tą legendę aż tak chce mieć śmiało,
By mojemu pokemonowi serce z bólu pękało.
Zadaje sobie to trudne pytanie,
Bo to moich losów nieodmienne zadanie,
I kłębią się we mnie myśli tak niezwykle trudne,
Lecz ciągle patrzą na mnie oczy te niespotykanie smutne.

£zy się z oczu Dialgi tak żywo wypływają,
Lecz cóż to z drugiej strony moje spotykają,
Momentalna chwila zrozumienia,
Dokonała serca ocudzenia.

Więc się jednak nie podejmuje,
Pokemona tego za gardło nie ujmuje,
On w jednej chwili pokazał mi wiele tak,
Czym jest dla starej wygi serca dobrego znak.

Podchodzi do mnie bardzo spokojnie,
Już chyba całkiem zapomniał o naszej wojnie,
Głowę swą do mej piersi przykłada,
Przyjaźni wiecznej obietnicę składa.

Potem odskakuje w dalekie strony,
Gdzie od zawsze wiódł życie strudzony,
Przed powrotem do swego świata,
Rzuca ostatnie spojrzenie, jestem w nie taka bogata.

Taka to była przygoda moja,
A Dialga magii pozostała ostoja,
Szczerze wiele się nauczyłam,
Lecz o legendzie wciąż marzyłam.

Aby ją wychować w zgodzie i przyjaźni,
Muszę mieć ją na niskim poziomie jaźni,
Pragnę wychować szkaraba tego,
Niczym najwierniejszego przyjaciela mego.

Więc poszukuje łobuza młodego,
Który stanie się częścią zespołu mojego.
A kto wie może los z nienacka mnie zaskoczy,
I syn spotkanej legendy do pokeballa mi wskoczy.
 
Odpisz
#9
Miejsce 9 Anakin:


Krótka opowieść o szczęściu

Opowiem wam historię o tym jak mój brat przez przypadek wygrał Ligę Indygo. Pytacie jak można przez przypadek wygrać najważniejszy i najbardziej prestiżowy turniej pokemon na świecie? Najwyraźniej wystarczy odrobina szczęścia. Posłuchajcie.
Wszystko zaczęło się kilka lat temu. Razem z rodzicami byliśmy na wyprawie w górach. Ja i mój brat. Widzicie… zawsze był nieco dziwny na tle mojej szacownej familii. Rodzice robili karierę naukową w najpoważniejszych instytucjach w Kanto. Ojciec pracował jako szef pionu badawczego w Sliph Co. Matka zaś - doktor habilitowany nauk o pokemonach - spełniała się w charakterze wykładowcy akademickiego i jeździła na konferencje z udziałem samego Profesora Oaka. Naturalnie więc cała rodzina wychowana została w ciekawości świata, w tym specyficznym naukowym drylu. Rzutowało to na każdy aspekt naszego życia (może poza naszym bratem - zaraz zobaczycie do czego zmierzam). Wystarczy choćby spojrzeć nasze imiona. Ja nazywam się Teozjusz, najstarsza, już zamężna siostra - Ambrozja, zaś młodsza, obecnie studiująca na renomowanej uczelni w Johto - Kleofasa. Natomiast mój brat dostał imię Pietrek. Nosz, cholera, to przecież Piotrek z błędem, nie? Wracając do wycieczki - szliśmy sobie tak w rodzinnym gronie, ja dyskutowałem z rodzicami o naturze cząstek elementarnych w różnych modelach budowy atomu i analogiach do struktury układów gwiezdnych, a mój brat zbierał kamyczki. Nie przez jakieś tam zaciekawienie geologią czy materiałoznawstwem. PO PROSTU ŁADOWAŁ DO KIESZENI PEŁNE GARŚCIE GRUZU! W pewnym momencie skalna ścieżka obsunęła się i poczułem jak wraz z Pietrkiem spadamy w dół urwiska. Krzyk rodziców to ostatnie co usłyszałem, nim wskutek uderzenia głową o kamień straciłem przytomność.
Ocknęliśmy się w jakiejś podziemnej jaskini, z której wyjście blokowało zwałowisko. Głowa pulsowała tępym bólem. Było ciemno, ale na szczęście miałem ze sobą latarkę. Pietrek badał otoczenie zaciekawiony. Wyglądało na to, że tylko mnie nie podobała się sytuacja, w której się znaleźliśmy. Wziąłem go za rękę, żeby, niedajboże, się nie zgubił i ruszyliśmy w głąb jaskini w poszukiwaniu innego wyjścia. Po chwili natknęliśmy się na większą grotę, pośrodku której, nie zgadniecie, najzwyklej w świecie lewitował sobie ogromny różowy kryształ. Brat, niczym ostatni przygłup, ruszył w jego kierunku. Chyba chciał zachować na pamiątkę wraz z resztą kamieni. Jak zapewne się domyślacie, większość lewitujących, ogromnych kryształów w ukrytych podziemnych jaskiniach nie daje się tak łatwo schować do kieszeni. Po dotknięciu minerał momentalnie pękł niczym mydlana bańka i naszym oczom ukazał się śpiący mały stworek. Na głowie miał coś co przypominało ogromny żółty kapelusz z niebieskimi frędzlami - nigdy nie widziałem podobnego pokemona. Wyciągnąłem pokedex, który dostaliśmy na ostatnie święta od rodziców. Jeden na spółkę z bratem, ale Pietrek przehandlował prawa do współkorzystania z tego cudu techniki za garść cukierków i zabawkę z Kinder Niespodzianki.
- Jirachi, pokemon legenda. - Rozpoczął swoim mechanicznym głosem pokedex. - Pojawia się raz na tysiąc lat. Obudzić go można tylko śpiewając nieskalanym złem głosem. Legendy głoszą, że Jirachi spełni trzy życzenia tego, kto zbudzi go ze snu.
Pokedex zamilkł a ja wpatrywałem się w stworka zaciekawiony. Czy mój głos był nieskalany? Przypomniałem sobie warunki wymiany za prawa Pietrka do użycia pokedexa - To i tak była najkorzystniejsza umowa, jaką kiedykolwiek ze mną zawarł. Cholera. Bez szans.
- Pietrek, zaśpiewaj coś.
- Buddy you're a boy make a big noise, Playin' in the street gonna be a big man some day… - Ochoczo przystąpił do działania, klaszcząc i uderzając w uda do taktu. Ukryłem twarz w dłoniach. Wspaniały dobór piosenki, nieśmiertelny Freddie… - You got mud on yo' face, You big disgrace, Kickin' your can all over the place. - Brat nie przestawał. Zaczął skakać po całej jaskini jakby była sceną, zwracając się w różnych kierunkach do wyimaginowanych słuchaczy. Kątem oka dojrzałem, że Jirachi delikatnie rozchylił powieki opuchnięte od milenijnego snu.
- Singin' WE WILL WE WILL ROCK YOU. - Pietrek się rozkręcał. - WE WILL WE WILL ROCK YOU…
“Dobra dobra, już wstaję, tylko, cholera, nie fałszujcie mi tu o tej godzinie gówniarze” - Usłyszałem telepatyczne wycie w głowie. Sądząc po reakcji, mój brat również je usłyszał, bo zapomniał o swoim rockowym koncercie i zaczął rozglądać dookoła, zdezorientowany. Jirachi całkiem się rozbudził i teraz lewitował tuż przed nami w całym swoim majestacie.
“Dobra, zasady to zasady, spełnię… hmmm… po jednym waszym życzeniu chłopaki.” - Ponownie odezwał się pokemon.
- Słyszeliśmy, że spełniasz trzy… - Odezwałem się niepewnie. Rodzice uczyli by negocjować warunki umowy.
“Zażalenia i reklamacje tylko drogą pisemną. Odpowiedź w ciągu 5 dekad roboczych.” - Beznamiętnie odparł Jirachi. - “Bierzecie? Bo bez porannej kawy bywam trochę drażliwy.”
- Hmmm. Chciałbym zostać najlepszym trenerem na świecie! - Wybrałem po chwili namysłu.
“A ty chłopcze?” - Zwrócił się do Pietrka.
- Ja to w sumie nie wiem.
“To pomyślmy razem, nie chcesz być… może trochę mądrzejszy albo coś?”
- A na co mi to... Mój brat jest mądry, a ciągle się czymś martwi...
“No to nie wiem. Może chcesz być bogaty? Popularny? Mieć pięknych kobiet na pęczki?”
- Pieniądze i sława mi niepotrzebne, a z kobietami to są same problemy, jak mawia tata kiedy są z mamą na zakupach…
“Dobra tam, coś Ci wybiorę. Będziesz... największym farciarzem jakiego ten świat widział.” - Odparła wreszcie legenda. - “Cyk, załatwione. A teraz spadam na kawkę”
Po chwili pokemon rozpłynął się w powietrzu, a nas wkrótce odnaleźli ratownicy. Ostatecznie wyprawa w góry skończyła się szczęśliwie, bo nikomu nic się nie stało. Tylko mnie trochę bolała głowa, a lekarze stwierdzili lekkie wstrząśnienie mózgu.

Kilka dni później otrzymaliśmy od profesora Oaka na nasze dwunaste urodziny swoje pierwsze stworki. Wybrałem Squirtle’a a Pietrek Bulbasaura. Od tego momentu poszliśmy każde w swoją stronę. Ja rozpocząłem wyprawę w celu złapania najpotężniejszych pokemonów i zdobycia kompletu odznak, a mój brat? Cóż… przepietrkował ten czas sam jeden tylko wie na co. Czego by jednak nie mówić, w Kanto bardzo szybko zrobiło się o nas głośno. Przez media zostałem okrzyknięty złotym dzieckiem walk pokemon. Jako najmłodszy trener wygrałem komplet odznak, pokonałem samego Asha Ketchuma i Gary’ego, złapałem ponad 140 gatunków z samego tylko regionu Kanto. Pietrek z kolei ściągał na siebie zainteresowanie prasy plotkarskiej ze względu na swój niekończący się fart, który przebijał nawet jego beztroską głupotę. Zaczęło się niepozornie. Kojarzycie S.S. Annę? Tak, ten statek, który zatonął kilka lat temu. No więc brat nim płynął. Nie dość, że ten farciarski skurczybyk jako jedyny pasażer przeżył katastrofę bez żadnego uszczerbku na zdrowiu, to jeszcze morze wyrzuciło go na bezludną wyspę, gdzie odnalazł nowe, niespotkane dotąd gatunki pokemonów. Potem już leciał z grubej rury - wygrana na loterii, kupno kurortu w Aloli, które okazało się inwestycyjnym strzałem w dziesiątkę. Ten ignorant nawet nigdy nie widział giełdowych indeksów, a został najmłodszym miliarderem w historii. Nie interesowały go walki. Gdy ja trenowałem w pocie czoła, on został celebrytą i stałym bywalcem telewizyjnych talk show. Wiecie, Kubawódzki i te sprawy. Jego fart przegiął wszystkie granice dobrego smaku i przyzwoitości, kiedy tuż przed startem ligi Indygo znalazł na ulicy komplet odznak. Chciał je zwrócić, ale nikt się po nie nie zgłaszał, więc stwierdził, że wystartuje sobie dla zabawy w turnieju. Czujecie to? Gość posiadający tylko jednego pokemona - bulbasaura, którego największą zdolnością była umiejętność aportowania patyka, miał startować w lidze. Sądziłem wtedy, że nie ma takiego farta na świecie, który pozwoliłby mu wygrać choć jedną walkę. O swoją formę się nie martwiłem. Razem z Blastoisem i pozostałymi pokemonami, zostałem okrzyknięty murowanym faworytem. Nawet Elite Four obawiało się pojedynku ze mną, co zgodnie przyznawali w wywiadach.

Wreszcie nadszedł ten dzień - start ligi. Ja w swojej walce uporałem się dość szybko. Sam jeden Blastoise załatwił sprawę. Zająłem miejsce na trybunie. Po mnie mecz miał mój brat. Wszystkich przeciwników w turnieju i ich pokemony miałem rozpracowane. Lata obserwacji pozwoliły mi stworzyć plik ze słabymi i mocnymi stronami każdego z nich. Przy moich notatkach teczki z szafy generała Piszczaka to pikuś. Pietrek stanął naprzeciw swojego pierwszego rywala - podobnie jak on, nastoletniego debiutanta. Los znów okazał się dla niego łaskawy. Wciąż jednak nie sądziłem, żeby Bulbasaur mógł sobie poradzić z kilkoma bestiami pod rząd. Jakże szybko okazało się, że nie poznałem jeszcze limitu jego szczęścia. Wszystkie ataki przeciwnika chybiały, a kolejne stworki padały z wycieńczenia, podczas gdy bulbasaur hasał sobie beztrosko po całej arenie. Pietrek wygrał pierwszy pojedynek.
W kolejnych fazach wszystko odbywało się według tego samego schematu - ja wygrywałem z coraz to trudniejszymi rywalami, wreszcie z samym Brunem z Elite Four, a ten szczęściarz awansował do kolejnych rund, praktycznie nie wychodząc na plac boju. Raz jego przeciwnicy wycofywali się ze starcia, innym razem ich pokemony odmawiały walki. Dwóch zostało zdyskwalifikowanych po kontroli antydopingowej... Tak udało mu się dotrzeć do finału, a tym samym moja ostatnia potyczka miała się odbyć właśnie przeciwko niemu. Muszę przyznać, że patrząc na to co się działo, czułem obawy. Z drugiej strony moje bestie były w życiowej formie, a on jakimś cudem dotarł tu wygrywając tylko ten jeden mecz na początku. Przecież nie zamierzałem się wycofywać, a moje pokemony to nie atleci z Cykablyatii i bez problemu przeszły test na doping. Wieczorem długo nie mogłem zasnąć, układając w głowie tysiące scenariuszy na finał mający się odbyć następnego dnia. Katastrofy, która miała się wydarzyć, nie przewidziałby jednak nawet Damus Nostre w swoich najczarniejszych proroctwach.


Wreszcie nadszedł ten moment. Stanęliśmy naprzeciw siebie, a spiker zapowiedział walkę:
- Szanowni Państwo. I oto nadszedł ten wielki dzień. Finał Ligi Indygo. Zawodnicy już pojawili się na placu boju. W lewym narożniku Teozjusz, wielkie odkrycie tegorocznej edycji, złoty chłopiec. Jak burza przeszedł przez kolejne etapy w turnieju odprawiając z kwitkiem między innymi Bruna z Elite Four! - Tłum zgromadzony na trybunach wiwatował. Widziałem dziesiątki banerów na moją cześć, trzymanych przez ponętne niewiasty (No co? Wiek dojrzewania, nie?). Spiker wznowił przemowę, gdy tłum nieco się uspokoił. - Z kolei po prawej stronie absolutna sensacja ligi, znany celebryta, filantrop, najmłodszy miliarder na świcie, Pieeeeeeeetreeeeek!
Zgodnie z etykietą podaliśmy sobie dłonie i skłoniliśmy głowy w milczeniu. Adrenalina już powoli zaczęła płynąć w moich żyłach.
- Blastoise, wybieram Cię! - Wrzasnąłem groźnie i z eleganckim zamachem rzuciłem pokeballem - dokładnie tak jak mój specjalista ds. wizerunkowych kazał robić. Wiem co myślicie. “Wodny pokemon przeciw trawiastemu? Co za błąd nowicjusza. Ale leszcz! Pokonałbym go z zamkniętymi oczami!” Otóż cała strategia zakładała, że mój żółw użyje lodowego ataku i pokona przeciwnika dzięki przewadze zaskoczenia.
- Blastoise, Ice Beam!
Mój podopieczny wystrzelił lodowy promień ale oba pociski nieznacznie minęły tańczącego beztrosko po całej arenie bulbasaura.
- Blastoise, jeszcze raz, teraz serią.
Żółw rozpoczął ze swoich dwóch armat ostrzał artyleryjski jak pod Verdun ale wszystkie pociski mijały przeciwnika jak gdyby sam Jirachi ochraniał go jakimś polem siłowym. Całą arenę pokryły lodowe kałuże.
“Skoro lodem się nie dało, to spróbujemy wykorzystać przewagę masy.” - Pomyślałem. - Blastoise, skull bash.
Wodna bestia rozpoczęła szarżę, ale stało się coś nieoczekiwanego. Poślizgnął się na jednej z lodowych kałuż i wyrżnął swym ogromnym łbem w zmarzniętą ziemię. Już się nie podniósł.
- Coż za nieoczekiwany zwrot akcji. Pierwszy pokemon Teozjusza jest niezdolny do walki. Co pokaże nam dalej? - Ryknął spiker przez głośniki. Tłum zaczął gwizdać niezbyt zadowolony z przebiegu pojedynku.
- Magmar, do boju! - To się nie mogło nie udać. Ognisty stworek musiał sobie dać radę. - Fire Blast!
Potężna kula ognia poleciała w kierunku przeciwnika. Wybuch i… ta mała bulwa stała dalej zupełnie niewzruszona. Niemożliwe, chybiłem?
- Jeszcze raz!
Sytuacja powtórzyła się kilkukrotnie i za każdym razem przerośnięta kapusta wychodziła bez szwanku.
- No dobra, Flame Charge!
Podmęczony magmar ruszył w kierunku rywala, lecz potknął się i wpadł do olbrzymiej kałuży powstałej po roztopieniu lodu ognistymi atakami.
- Ile razy można się potknąć!? - Zastanawiał się przez głośniki poirytowany spiker. - Kolejny pokemon Teozjusza został wyeliminowany.
Teraz dopiero wkurzyłem się nie na żarty.
- Pidgeot, Twoja kolej!
Rozumiecie zamysł, prawda? Latający pokemon - nie dość, że przewaga typu nad trawiastym to jeszcze nie ma opcji, żeby się potknął.
- Aerial Ace!
Pidgeot zapikował, ale najwyraźniej źle obliczył odległość od ziemi. Bulbasaur podskoczył, a mój ptak wyrżnął w glebę jak długi. Wtedy coś we mnie pękło. Po prostu bez słowa spakowałem pokeballe do plecaka i poszedłem do domu, nie zważając na gwizdy publiczności. No bo żeby ptak się przewrócił to już przesada była. Tak oto mój brat przez przypadek wygrał ligę Indygo, a ja popadłem w depresję i alkoholizm w wieku 15 lat. Kurtyna.

PS Jak czasami przypominam sobie tą historię to zastanawiam się czy nie poprzestawiało mi się coś w głowie od tego uderzenia w łeb kilka lat temu...
 
Odpisz
#10
Miejsce 10 HectorAntos:



AURA ZWYCIęSTWA


Maszerowali. Ponurzy, zamyśleni, przygnębieni. Nie trzymali ani szyku, ani porządku. Panował bród, głód i defetyzm. Poobdzierani, słabo uzbrojeni, z bladymi twarzami i mglistymi oczami. Ranni pojękiwali, inni narzekali, a pozostali milczeli. Bardziej przypominali falę uchodźców niż regularne wojsko. Trudno było uwierzyć, że stanowili najważniejszą armię Ententy na zachodnim froncie. Na porządku dziennym były awantury i szarpaniny między żołdactwem. Ludzie z ludźmi. Pokemony z Pokemonami. Ludzie z Pokemonami… Oficerowie nie potrafili skutecznie zapanować nad masą żołnierską – brakowało respektu i autorytetu. W całej francuskiej armii panowało niepokojące rozprężenie. Rozkaz pośpiesznego wycofania się za rzekę Marnę był w odczuciu wszystkich niemal równoznaczny z kapitulacją. Już zaledwie kilkadziesiąt kilometrów dzieliły ich i wojska Niemieckie od stolicy Francji – Paryża.

Maszerowali. Zatroskani, zziębnięci, źli. li na siebie, na dowództwo, na wroga. Na cały świat. Na całą tę cholerną wojnę. I nie rozumieli, w jakim celu maszerują dalej. Przecież należało przygotowywać się do obrony stolicy. Wiedzieli o tym i ludzie i Pokemony. A jednym i drugim brakowało zapału do dalszej walki. Dezercja – pomimo, że karana śmiercią – nie ustępowała. Półdzikie Pokemony opuszczały swoich trenerów, odmawiały wykonywania rozkazów. Te wierniejsze, trwały w kurzu, pocie i krwi. Tak, jak było od niepamiętnych czasów – Pokemon towarzyszył człowiekowi w doli i niedoli. W czasach pokoju pomagały budować fundamenty cywilizacji – w czasie wojny, przyczyniały się do ich niszczenia i upadków. Niejednokrotnie decydowały o zwycięstwie i porażce. Wśród myślicieli panowało powszechne przekonanie, że to ludzie nauczyły się okrucieñstw wojny od Pokemonów, gdyż te prowadziły między sobą zażartą walkę na długo przed pojawieniem się człowieka. A może jest to wyłącznie próba uciszenia ludzkiego sumienia? W obliczu Wielkiej Wojny okrucieñstwo nie miało nazwy, rasy ani języka. Ludzie i Pokemony ginęły od kul i mocy; chowani byli w tych samych mogiłach i bezimiennych grobach. Wojna była sprawiedliwą matką – wszystkich traktowała równo…

Joseph Jacques Césaire Joffre. Szef Sztabu Generalnego, Naczelny Wódz armii francuskiej, Général de Division. Urodzony w Rivelsaltes, syn drobnego handlarza winem. Od najmłodszych lat kroczył jasno wytyczoną ścieżką wojskową, która doprowadziła go tu – na przedpola Paryża, biorąc udział w największej i najkrwawszej wojnie, jaką widział świat ludzi i Pokemonów. Nad rzekę Marna. Znany ze swojego trudnego charakteru, twardej ręki i braku empatii. Politycy i wojskowi zarzucali mu bezwzględność, oraz brak szacunku do życia. Jechał on wtedy na groźnie wyglądającym Mamoswine, którego postura i zachowanie świadczyły o niebanalnym doświadczeniu wojskowym. Blizny na jego ciele, prezentowały historię zwycięstw i porażek; męstwa i odwagi; bólu i cierpienia. Ciosy owinięte miał stalową blachą, a między nimi rozpięty był kolczasty drut. Tułów pokryty żelaznymi płytami nadawały mu wyglądu pancernej lokomotywy. Wzorowy przykład „Pokemona wojny”. Samson – towarzysz broni i wierny przyjaciel generała Joffre. Prawdopodobnie jedyny przyjaciel…
- Mam złe przeczucia… - Generał mrukną pod nosem, krytycznie oceniając sytuację. Przed nim rozciągał się pejzaż bujnej zieleni podmokłych pastwisk, pokrytych wysepkami zagajników i rzadkich lasów. Za nim, oddech prawie dwóch milionów żołnierzy i Pokemonów. Zniechęconych, zdemoralizowanych i rozgoryczonych dotychczasowymi porażkami. Nie mógł ignorować takiej siły, zwłaszcza, że kilkadziesiąt kilometrów przed nimi, po drugiej stronie rzeki, właśnie gdzieś za tymi malowniczymi krajobrazami, rozciągała swoje szyki i formacje bojowe armia niemiecka, która szykowała się do wymierzenia ostatecznego ciosu w samo serce Francji – w Paryż. Tylko niezłomna wiara w zwycięstwo mogła pomóc armii francuskiej w wygranie tej wojny. Brakowało jednak nadziei… Brakowało wiary…
- Słyszycie pułkowniku?! Mam złe przeczucia! – Joffre wydarł się na podkomendnego ze szczytu grzbietu Samsona. – Potwierdźcie mi pułkowniku, czy miejsce spotkania miało odbyć się właśnie na tym bezludziu?!
- Tak jest, Général de Division! – Bez wahania odpowiedział oficer pośpiesznie dobywając zegarka na łañcuszku – Alakazam nawiązał z nim kontakt dokładnie dwadzieścia siedem godzin temu i przekazał właśnie te koordynaty, Général de Division!

Joseph nie wyglądał jednak na przekonanego. Wbił wzrok daleko w horyzont, pogładził siwy wąs. Wspomniał złośliwie, że poprzednio ten sam Alakazm miał przewidzieć nadejście wojsk niemieckich pod Oise. Oczywiście pomylił się i front walki został przełamany przez szyki wroga. Od tamtej pory są w odwrocie. Aż do dnia wczorajszego, kiedy w dowództwie wojsk Ententy na zachodzie rozeszła się plotka o kontakcie kogoś „potężnego”, kto chce pomóc w walce z pañstwami Trójprzymierza. I właśnie generał Joseph Joffre, jako najwyższy stopniem i dowodzący największą i najważniejszą armią frontu zachodniego – zamiast przygotowywać się do oblężenia Paryża – krążył wraz z swoimi oddziałami wokół niego w poszukiwaniu niejasnych znaków, plotek, przesłanek i domysłów.

Niespodziewanie jego uwagę zwróciło nienaturalne poruszenie wśród szeregów maszerującego za jego plecami wojska. ¯ołnierze w pośpiechu tłoczyli się w jednym miejscu. Zrobił się gwar i harmider jak na targowisku. Na nic zdały się komendy oficerów i ich Pokemonów, którzy szpicrutami chłostali niepokornych żołnierzy. Ci bez względu na wszystko parli jak w hipnozie w jednym kierunku z niezrozumiałym zaciekawieniem w oczach.
- Co, do cholery się tam wyprawia?! Pułkowniku! Raportuj! – Pułkownik nie zdążył jednak zaraportować niczego, gdyż żołnierski gwar i przekleñstwa zastąpiła cisza. Głęboka i doniosła. Wręcz niepokojąca. Szamocząca się masa mundurów, hełmów i karabinów zastygła w miejscu, jakby zaklęta w czasie i przestrzeni. Oczy wszystkich podążały za jedną sylwetką przemieszczającą się bezszelestnie wśród nich.

Poruszał się z wdziękiem i lekkością, a jednocześnie czuć było pewność i siłę jego kroków. Onieśmielał postawą, pozą i bijącym majestatem. Z dostojnie wypiętą piersią, niespiesznie kroczył przed rozstępującymi się przed nimi żołnierzami. Spoglądali na niego z nieśmiałością, zaciekawieniem, ale i dozą obawy. Szeptali między sobą. Nie mieli odwagi podnieść ani spojrzenia ani głosu w jego obecności. A ten, z dumnie uniesionym łbem, marmurowym wyrazem pyska, rzucał krytycznym spojrzeniem to na lewo, to na prawo. I każdy, kto znalazł się w zasięgu jego oczu malał i kurczył się speszony, jakby ze wstydu, w jakim był stanie i miejscu. Jakże różnił się od całej tej szarej masy. Połyskujący błękitem i stalą. Zachwycający miękkością bieli. Olśniewający porożem budzącym szacunek. A najwspanialsze w tym stworzeniu było jednak to, że pod płaszczem elegancji i wdzięku, ukrywał się niepokonany wojownik o legendarnej mądrości, sile i szybkości. Oto przybyła Nadzieja. Oto przybyła Wiara w zwycięstwo. Do wielu wciąż nie docierało, kto przed nimi kroczy. Spoglądali na siebie pytająco. Zapanowała niezręczne dezorientacja. Tylko generał Joffre zdawał się zachowywać zimną krew i nie dał ponieść się emocjom.
- Cobalion. – Stwierdził, ukrywając zdziwienie. Nie ukrywał natomiast niechęci, jaką darzył to legendarne stworzenie, witając przybysza jadowitym uśmiechem. – „Miecz Sprawiedliwości” na przedpolach Paryża. Znak czasów! Trzeba przyznać… Prawdę powiedziawszy, prędzej spodziewałbym się Giratiny, niż ciebie. – Zadrwił, zsuwając się z grzbietu Samsona. Generał Joseph Joffre był postawnym i barczystym mężczyzną, który pomimo słusznego wieku kipiał energią i witalnością. Dumnie wyprostował się jak na najwyższego oficera przystało. Ostentacyjnie pogładził wąsa i poprawił generalską kepi na głowie; zarzucił luźno na barki oficerski płaszcz przybierając nieco zawadiackiej aparycji. Nie zamierzał ukorzyć się przed obliczem legendy. Wręcz przeciwnie – śmiało wyszedł naprzeciw Cobaliona, wręcz defiladowym, teatralnym krokiem.

Stanęli naprzeciwko siebie. Zarówno Cobalion jak i Joffre spoglądali na siebie z dystansem. Generał wiedział, że ma gorszą pozycję negocjacyjną, gdyż to on był w potrzebie. Z zazdrością patrzył, jak na widok legendarnego stworzenia, jego szara i ponura armia nabierała koloru i ruchliwości. Spostrzegł w ich oczach błysk, jakiego nie mieli nawet podczas zwycięskich bitew. Widział ich rosnące chęci do działania. Chcieli ruszać w bój – na wroga. Iść za Cobalionem – nie za generałem Joseph Jacques Césaire Joffre. Pomimo swojej buty, niechętnie musiał przyznać, że biła od tego stworzenia niepojęta wręcz mistyczna aura. Aura zwycięstwa. A zwycięstwo, było tym, czego potrzebował on, jego armia i Francja. Zwycięstwa, którego potrzebowała cała Ententa.
Patrząc w marmurowe oblicze Cobaliona, nurtowało go wiele pytañ, ale jedno szczególnie paliło go od środka: „dlaczego, wróg ludzkości chce pomóc Francji w Wielkiej Wojnie”?
- Przelaliście już zbyt wiele krwi… - Niespodziewanie zabrzmiał głęboki i spokojny ton Cobaliona. Niski, ale szlachetny głos nie wydobywał się jednak z jego pyska, gdyż ten w ogóle się nie poruszał w tracie wypowiadania zdañ. Głos jego zdawał się być wszechobecny, a czuć go było nie uszami, lecz całym ciałem. Generał poczuł nieprzyjemny dreszcz na karku.
- Dość już rozlanej krwi Pokemonów i ludzi. – Cobalion powtórzył, jednostajnym i monotonnym tonem wypranym z emocji. – Należy zakoñczyć ten konflikt. Cały świat przez was cierpi.
- Zgodzę się. – Joffre skwitował krótko. – Będziesz walczyć z nami, przeciwko pañstwo Trójporozumienia? – Generał zapytał z przekąsem.
- Ale dlaczego? – Asystujący generałowi pułkownik nie wytrzymał presji i wyrwał się z pytaniem bez widocznego zezwolenia. Joffre spiorunował go surowym spojrzeniem i nakazał mu natychmiast odmaszerować dziesięć kroków w tył wraz z pozostałymi oficerami. Cobalion jednak zdawał się być nieporuszony całą sytuacją i beznamiętnie odpowiedział:
- Gdyż nie będzie pokoju, jeżeli ci, co znajdują się po drugiej stronie rzeki wygrają tę wojnę. Ich ambicje nie ograniczają się wyłącznie do zapanowania nad wodą i lądem. Chcą również panować nad duszami i umysłami Pokemonów i ludzi.

Odpowiedź ta zszokowała słuchaczy. Zszokowany był również sam generał, choć starał się tego nie ukazywać. Oszołomienie jednak szybko zastąpiła ulga na jego zimnym sercu. Wiedział, bowiem, że jeden z „Mieczy Sprawiedliwości” będzie jego sojusznikiem. Sojusznikiem Francji i Ententy. Sojusznikiem najcenniejszym, gdyż z własnej woli. Mając po swojej stronie żywą legendę, można było dokonywać rzeczy nieludzkich. A sytuacja, w jakiej się znajdowali, wymagała heroicznych czynów. Cobalion mówił dalej:
- Tu nie chodzi o kwestię sympatii i nienawiści. Nie jestem tutaj, aby pomagać waszym plemionom w zwycięstwie. Jestem tutaj, gdyż chce zakoñczyć tę wojnę. A ci po drugiej stronie rzeki nie poprzestaną na jednym zwycięstwie. Po tej wojnie wywołają kolejną. I jeszcze jedną, gdy ich ambicje nie zostaną zaspokojone.
- Chcesz, zatem pokonać Prusaków. Tyle mi wystarczy! – ¯achnął się Joffre.
- Nie słuchasz mnie. Jestem tutaj, aby zakoñczyć wojnę, w której Pokemony są instrumentem do realizacji ludzkich rządz. Nie będę dążyć do zniszczenia drugiej strony. Będę dążyć do zakoñczenia konfliktu.

Szum szeptów ponownie rozbrzmiał wśród zgromadzonych. Był jak nieznośny gwar w pszczelim ulu. Pełen niepokoju i napięcia. Przepełniony niepewnością.
- Najistotniejsze, że będziesz walczyć po naszej stronie. – Niecierpliwił się Joseph. – Powiedz za tym, jaki masz plan? Po co w ogóle mieliśmy przybyć akurat tutaj, na środek… „niczego”, zamiast ciągnąć jak najszybciej do Paryża i szykować się do oblężenia?
- Tutaj rozegra się bitwa, która zadecyduje o kierunku tej wojny.
- I ty chcesz dowodzić moją armią? – Spytał z szczególnym akcentem na „moją”.
- Armia jest twoja. Ale czy żołnierze również należą do ciebie? – Pytanie to wprawiło wszystkich w osłupienie. Generał Joffre ewidentnie nie przywykł do takiego tonu. Zmarszczył groźnie brew i zagryzł w złości wąsa. Był wściekły. A postawa Cobaliona sprawiała również, że był zmieszany i niepewny. Nie potrafił grać twardego przed jego obliczem. Dziwił się sam sobie…
- Ode mnie zależy, czy ci chłopcy wrócą do domów... – Odpowiedział wymijająco.
- Więc ty zajmij się dowodzeniem „swoją” armią. Ja zajmę się poprowadzeniem żołnierzy do zwycięstwa.

Zapadła nieznośna konsternacja. Joseph był przekonany, że Cobalion testuje jego cierpliwość. Wiedział, że nie może pozwolić sobie na stracenie tak cennego sojusznika - „Miecza Sprawiedliwości”, który wsławił się w wywoływaniu buntów i powstañ Pokemonów przeciwko ludzkości. Który koñczył wojny, których ludzie nie potrafili zakoñczyć. Który wywoływał wojny, których ludzie nie potrafili wygrać. Dla jednych był symbolem zwycięstwa, męstwa, odwagi i nadziei. Dla innych, symbolem terroru, śmierci i zagłady. Generałowi z trudem przychodziło znoszenie całej tej sytuacji. Czuł, jak jego pozycja głównodowodzącego najliczniejszej armii świata, ulega umniejszeniu na rzecz jakiejś „niebieskiej kozy”. Uwłaczało to powadze jego stopnia – było nie do przyjęcia dla jego charakteru i osobistej dumy. Chciał jak najszybciej zakoñczyć tę farsę. Przez zaciśnięte zęby zapytał o plan Cobaliona. Ten wyjaśnił, że miejsce to, delta rzeki Marna, będzie naturalnym klinem, który zmusi niemiecką armię do podziału i zwężenia swoich formacji.
- A my stanowić będziemy szpic tego klina… - Dokoñczył Joffre.
- Tak. Zamiast czekać na wroga w nieprzygotowanym do obrony mieście, lepiej przeciąć mu drogę i zmusić do walki w niekorzystnych dla niego warunkach. Sprowokujemy ich do walki właśnie w tym miejscu. – Głos Cobaliona zadrżał złowrogo, zupełnie jakby nie mógł doczekać się bitwy. Nie umknęło to uwadze generała. Starał się rozszyfrować intencje stworzenia, ale było to nieporównywalnie trudniejsze niż w przypadku człowieka. Jego mimika, wyważone gesty, słowa – w niczym nie przypominały ludzkich. Były obce. Niezrozumiałe. Przerażające. Zastanawiał się, czy pozostali dwaj z „Mieczy Sprawiedliwości” są podobni do niego. Zastanawiał się, gdzie w ogóle oni są…
- Terrakion, obecnie prowadzi podobne rozmowy na Mroźnym Wschodzie. – Niespodziewanie odezwał się Cobalion bystro spoglądając na generała. – Virizion, z kolei na Gorącym Południu. Dlatego też nie będziemy osamotnieni w walce. – Odwrócił się w stronę żołnierzy i ryknął:
- ¯ołnierze! Miecze Sprawiedliwości wskażą wam drogę do zwycięstwa!

W szeregach sponiewieranej armii – jak za dotknięciem magicznej różdżki - wzbudził się duch niezłomności. Wybuchła euforia, zupełnie jakby już wygrali tę wojnę. Ludzie i Pokemony padali sobie w ramiona, płacząc i krzycząc z radości. Nikt wtedy nie myślał o tym, że za kilka dni, ich śmiech i wesołe okrzyki zagłuszy huk dział i wrzask konających. ¯e będą szarżować na wroga w przytłaczającej kanonadzie strzałów i eksplozji. ¯e będą znieczuleni na wycie rannych i okaleczonych. Nikt nie myślał wtedy, że za kilka dni, braterskie objęcia zastąpi dramatyczny taniec, w którym spotka się krew z prochem, kość ze stalą, karabiny i bagnety z kłami i szponami. Jednak już wtedy jednego byli pewni: że pośrodku ognia i dymu - zwycięstwa i porażki, przedzierać się będzie u ich boku właśnie on – Cobalion. Siejąc terror i przerażenie. Budząc nadzieje i wiarę. Jednym przynosząc zwycięstwo – drugim: zgubę i śmierć. Bitwa ta, w przyszłości zostanie ochrzczona mianem „cudu” – cudu nad Marną.
 
Odpisz
#11
Lunatic brawo kolejny konkurs wygrany.
 
Odpisz
#12
W sumie sam pisze to ocenie pare raz po przeczytaniu:
Ostrzegam, ze bd szczery.

Lunatic
I Rozdzial - Czytajac razila mnie duza ilosc przecinkow, a pozatym nie wiedzialem o co tam chodzi nie umialem sobie tego wyobrazic.

II Rozdzi - Czytajac poczatek o wiele lepiej sie. Stylem byli ladnie opisane, ale jesli chodzi o fabule dopiero pod koniec moglwm sobie cokolwiek wyobeazic.

III Rozdzial - Na poczatku wyobrazilem sobie fabule pozniej styl byl ok, ale jako czytelnik ciezko mi bylo sb to wyobrazic.

IV - Rozdzialc - Tutaj styl polaczony z fabula idealnie jak dla mnie. Przyjemnie sie czytalo i mialem ten obraz przed soba.


Mega poketrener - Podoba mi sie Twoj styl pisania, ale w niektorych momentach interpunkcje inaczej bym zastosowal a slowa poprzestawial. Szczerze moge powiedziec, ze masz talent do fabuly,ale robisz jeden blad - Za szybko przeskakujesz z jednego miejsca akcji do drugiego przez co idzie sie pogubic gdzie wkoncu jestesmy.

Maxglauver - Masz chlopie talent. Bardzo przyjemnie sie czytalo. Moze byly jakies bledy, ale to minimalne bo styl w jakim to napisales bardzo mi sie spodobal Jak dla mnie powinienes miec 1 miejsce. Kto nie wierzy niech sobie porowne to z 1 i 2 miejscem. A ja czytam dalsze

Bzyki1991 Szczerze? Wiersz ladnie napisany, ale nie zapominajmy ze to jest opowiadanie. W opowiadaniach mozna zastosowac wiersz, ale najlepiej w takim momencie gdzie sa - Wspomnienia o emocjonalnie przezytych chwilach.


Isian - Czytajac to mam wrazenie, ze czytales wiedzmina. Przyznam szczerze, ze to w jaki sposob to opisales bardzo mi zaimponowalo. Moge z reka na sercu powiedziec, ze piszesz tak jakbym sam sie chcial nauczyc pisac. Jak dla mnie ladujesz na miejsce 1 a Maxgaluver na drugie. Klaniam sie.

Barbarossa - Podobnie jak Maxglauver, ale musisz jeszcze popracowac nad stylem. Jak dla mnie 3 miejsce.

Jinhaeng - Krotko zwiezle i na temat. Przypominalo mi to tak jakby krotki odcinek bajki o pokemonach. Jednak jak dla mnie w porownaniu z innymi, za krotkie bym to mogl obiektywnie ocenic. Ale sam styl jest ok. Jesli bys kiedykolwiek pisala krotkie bajki dla dzieci wychodzilo by Ci to idealnie. Jesli natomiast chcialabys pisav powiesc to bierz przyklad z Isan.

Anastazja - W sumie to samo co napisalem bzyki1991

Anakin - Stylistycznie dobrze piszesz, ale czytajac poczatek mialem wrazenie jakbym czytal jakis artykul naukowy. Zabraklo mi tam nuty tajemniczosc na wstepie oraz zachecenia do dalszego czytania, lecz mimo to doczytalem do konca. Fabula mi nie specjalnie zaimponowala wiec to moze byc kwestia gustu i moja ocena moze pozostac nieobiektywna.

#14


Hector Antos - Stylistyka ladna. Niektore momenty nawet mnie rozbawily - np. Ten z jazda na mamoswine, ale to gra o pokemonach, a nie historyczna undefined Powiem, ze fajnie polaczyles swiat pokemon z swiatem realnym w czasach wojny, ale to jednak pokemony. A pozatym mamy wakacje undefined Wiec tak jak w przypadku Anakina nie ocenie bo nie bede obiektywny.


Na koniec mam pytanie - Czy wszyscy, aby napewno to czytali te opowiesc? Czy po prostu przejrzeli na szybko? Bo opowiesc Isana zasluguje na I miejsce. Pozdrawiam


Wstawiam jakim ja stylem pisze. Pamietajcie, ze to tylko moja osobista ocena
 
Odpisz
#13
Dziękuję bardzo za opinię, ale mam nieco inną. Big Grin
 
Odpisz
  


Skocz do:


Szukanie: 1 gości