• Witaj na oficjalnym forum gry PokeWars
Witaj! Logowanie Rejestracja


Ocena wątku:
  • 0 Głosów - 0 Średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Miecz Świętego Gonza
#1
Miecz Świętego Gonza.




- Dziadku, dziadku, opowiedz nam coś!
- Ale to będzie ostatni raz, potem pójdziecie spać, zgoda?
- Tak, dziadku, tak!
- Opowieść będzie o wojowniku, który za bardzo lubił kobiety...



Czasy magii i miecza. Świat opanowany przez dzielnych bohaterów i złowrogie bestie. Młody wojownik, imieniem Zytus, pragnął dostąpić zaszczytu otrzymania tytułu rycerskiego od samej królowej. W końcu nadarzyła się ku temu okazja...
- Stać, kimże jesteś, łachmyto!
- Jak Zytus, ze Świńskich Pól, przybywam na rozkaz Królowej.
- Mietek!
Strażnik krzyknął do starszego człowieka przy biurku, obłożonego papierami.
- Mietek!!!
- Oj, Slavko, co żeś chciał?
- Sprawdź Ty mi tu jakiegoś Żydusa, czy był czasem zaproszony na spotkanie z naszą przełożoną.
- Ekhm, na imię mi Zytus, nie Żydus...
- Zamknij się, głupcze! Mieciu, szukaj...
Złowrogie spojrzenie padło na naszego bohatera.
- Zytusa.
- Zytus, Zytus... A nie czasem Franciszek?
- Nie, proszę Pana, Zytus. Wiem jak rodzice dali mi na imię.
W tym momencie Wojownik dostał kopniaka w udo.
- Nie pyskuj, szczurze!
- Zytus, Zytus... A tak, jest, można wpuścić.
- Właź, pokrako!
Zytus nie odzywając się słowem dla szacunku do własnego zdrowia, kroczył po schodach lekko kulejąc. Miał wrażenie, jakby stopnie, na które wchodził, kończyły się gdzieś daleko. W końcu dotarł do drzwi z napisem "Sala Królowej! Uwaga, zły pies!, Gryzie osoby bez zaproszenia!". Mężczyzna zaryzykował, z miękkimi nogami otworzył wrota...
-Któż Ty, chłopcze...
Głos kobiety był spokojny, jednak wygląd przyprawiał o zawroty głowy, zawał i wymioty jednocześnie. Nie będę opisywał, wystarczy, że Zytus ledwo powstrzymywał się od płaczu, śmiechu oraz zwrotu zawartości swego żołądka.
- Jam Zytus, o Pani. Zytus ze Świńskich Pól.
- Chłopcze, ubiegasz się o tytuł już 4 rok, nie dało Ci to nic do zrozumienia?
- Dało, o Pani. Dzięki temu, szkolę się jeszcze bardziej we władaniu orężem.
- Nie to miałam na myśli, ale rozumiem. Dam Ci zadanie. Jeśli je wykonasz, wróć do mnie, a będą zwać Cię Rycerzem Zytusem.Jeśli nie, znajdziesz sobie inne zajęcie.
- Zrozumiałem, o Pani. Jakież to zadanie?
- Mieczysław da Ci mapę, udaj się do Jaskini Wielkich Grzybów i zdobądź Miecz Świętego Gonza. Idź zatem, każda sekunda się liczy.
- Dziękuję za szansę, o Pani.



Słońce wyłaniało się już zza horyzontu. Zytus przeciągnął się leniwie.
- Chyba czas wyruszać, póki słonko świeci.
Ubrał się w stare łachmany, zjadł solidne śniadanie, by w drodze nie podjadać, załatwił się pod drzewkiem w pobliżu swojej kamienicy, ubrał starą zbroję dziadka. Wyglądał w niej jak chłopiec w za dużym ubraniu. Obejrzał się w lustrze.
- Ale przystojniacha ze mnie, fiu fiu...
Wyglądem przypominał bezkształtną bombkę choinkową, zabrudzoną, o barwie wyblakłego złota.
- Zapomniałbym! Jeszcze miecz!
Schylił się, co nie było łatwe z całym żelastwem na sobie, by wyciągnąć spod łóżka miecz. Co do samej broni, nie można mieć żadnych zastrzeżeń. Idealnie naostrzona, wyważona, lekka... Pytanie brzmi, czy taki łamaga potrafi nim zabić chociażby królika.
W końcu wyszedł z budynku, dumny, kroczył z wypiętą piersią i uśmiechem na ustach. Ludzie patrzyli na niego, szeptali do siebie głównie takie zdania jak "Matko jedyna, co on na siebie włożył, jak on wygląda". Zytus nie słuchał tego, był przepełniony myślą, że jest... boski. Do czasu, aż potknął się o wystającą płytę chodnikową. Wywalił się z hukiem, co wywołało wśród "podziwiających" gapiów dziki śmiech. Mężczyzna szybko wstał i tak samo szybko wyszedł poza bramy miasta, już nie tak pyszałkowato, jak wcześniej.

Minęły 3 godziny podróży.
Zytus, podążając według mapy, znalazł się nad jeziorem.
- O, jezioro! Chociaż sobie twarz przechlapię, bo taki skwar... O jej...
Oczy, otwarte tak mocno, jak tylko można, obserwowały... kobietę kąpiącą się w wodzie. Odwrócona tyłem, przypominała boginię. Choć wpół zanurzona, bez wątpienia można było powiedzieć, że dbała o swoje ciało. Włosy długie do okolic pupy, koloru blond... Krople wody mieniły się za sprawą grzejącego mocno słońca. Plecy piękne, delikatne, idealne by je co dzień masować...
- Balony...
Teraz nie tylko oczy były otwarte na całą szerz, Zytus z wrażenia mimowolnie rozdziawił paszczę.
Niewiasta obróciła się twarzą do niego. Z przodu również wyglądała niczym stworzenie boskie. Twarz niewinnej dziewczyny, oczy duże, wyraziście błękitne, nos malutki, usta... Ach te usta, mogłyby pieścić... Precz z myślami w tym kierunku! W każdym razie, usta były ponętne i tyle. Piersi, czy, jak to nasz bohater powiedział, "balony", wyglądały jędrnie i jakby wołały "Dotknij nas, dotknij!".
Nieznajoma dojrzała młodzieńca i zamiast się osłonić przed jego wzrokiem, uśmiechnęła się i dalej zaczęła się dotykać. Oczywiście w celu umycia się. Zytus, miast wykorzystać sytuację, uciekł z popłochem, niczym zawstydzone dziecko widzące siostrę nago...

- Dzieci, dajcie mi chwilę, muszę siusiu.
- Dobrze dziadku, masz 3 minuty. Władek, włączaj stoper.
Nie dadzą żyć starszemu człowiekowi...


- Dziadku, co Ty pijesz?
- Piwo, Maciuś, napój nie dla niepełnoletnich.
- Dziadziu, ja to piłam! Gorzkie!
Jak ta młodzież szybko dorasta...
- Jeszcze trochę, a powiecie mi, co to znaczy seks.
- Ja wiem! Ja wiem! Włożyłem tam patyka Magdzie!
- Bez szczegółów... wracamy do bajki.


Zytus dotarł do wejścia jaskini, ale coś było nie tak... Mężczyzna schylił się i oglądał trawę.
- Udeptana, ktoś tu niedawno był.
Wyciągnął przed siebie miecz i powoli wkroczył w ciemność. Ale zaraz! W tej pustce zdawało się widzieć światło. Światło pochodni.
- Ktoś tu jest?!
Bohater krzyknął.
- Ciszej, bo obudzisz umarłych...
Odezwał się kobiecy głos. Ciemna sylwetka zbliżała się do Zytusa, ten zaś poznawał w niej kobietę, którą niedawno widział nago.
- T-to T-t-ty?
- Tak, widzieliśmy się nad jeziorem. Podobało Ci się?
Nieznajoma uśmiechnęła się zalotnie.
- B-b-b-ardzo.
Zytus ośmielił się ją obejrzeć z góry na dół. Miała na sobie szatę, z dość głębokim dekoltem, w który wpatrywał się dość długi czas. Samo ubranie było obcisłe, dopasowane do smukłego ciała. Na ramieniu zawieszona była dość pojemna torba.
- Już się napatrzyłeś? Jestem Lena.
Kobieta wyciągnęła rękę. Ten zaś nieśmiało i bojaźliwie, jakby dłoń miała go poparzyć, podał swoją.
- Zy-y-y-tus, ze Świ-i... Świata Dzielnych Bohaterów.
- Mniejsza z tym, poszukujesz pewnie tego samego co ja, może przeprawimy się przez ten mrok razem? Co Ty na to?
- Ch-chętnie. Obronię Cię przed wszystkim.
Zytus zaczął nabierać pewności siebie, oswajał się z obecnością niewiasty.
- Mam nadzieję, droga jest dość kręta, pełno w niej ślepych zaułków. Na szczęście mam mapę. Poświecisz mi?
- Jasne.
Mężczyzna wziął od niej pochodnię, jednak nie interesowało go oświetlanie kawałka papieru tylko nagiego fragmentu jej piersi. Pech chciał, że skupiając się na biuście, niechcący przypalił róg mapy.
- Co Ty robisz! Mogłeś mi spalić włosy!
- Prze-eprasza-am.
- Nic się nie stało, znajomy kartograf zrobił mi kopię na wszelki wypadek. Pójdziemy... cicho...
Coś zbliżało się do drużyny. Słychać było sapanie i dźwięk jakby żaba wskoczyła w błoto. Rytmiczny dźwięk.
- Tam, na górze... Zytusie, spójrz.
W momencie gdy kompan uniósł wzrok ku gorze, ściekła na jego twarz oślizgła, ciągnąca się ciecz...
- Hehe, zaślinił Cię!
Lena zaśmiała się, wyciągnęła jakąś księgę i szybko wertowała jej zawartość. Zaś Zytus dobył miecza i machał w powietrze, byleby trafić wysoko osadzonego stwora.
- Patrz! Nawet w tej książce zdjęcia mają, chcesz zobaczyć?
- Jakbyś widziała, walczę! Nie czytam komiksów! Pomożesz?!
To mówiąc, wisiał w powietrzu, kurczowo trzymając broń, którą bestia powoli podnosiła długim jęzorem.
- Posłuchaj co tu pisze. Salamandrasy Jaskiniowe lubią jadać nietoperze, żyją samotnie lub w parach...
- Serio? Może jeszcze wyczytasz jakie lubią nosić skarpetki na święto Wielkiego Odyńca Pumby!
Próbował wyrwać oręż z paszczy potwora, zapierając się nogami usadowionymi na khm... twarzy.
- Są wrażliwe na błyskawice.
Lena wytworzyła małą kulę energetyczną na dłoni i cisnęła w monstrum. Te, niczym zestrzelony z łuku sęp, spadło martwe na ziemię.
- Prawie bym go zabił!
- Jasne, wierzę Ci... Idźmy dalej...


- A teraz dziadek skoczy po drugie piwo.
- Ale dziadku, lekarz Ci zabronił, powiemy mamie!
- Dobra już, cicho, po herbatę idę...
Małoletni donosiciele...



- To szo, maluszy, wszaszamy do baszki?
- Dziadku, szczęka.
- Szo szak... A E I O U! Raz, dwa, próba mikrofonu. To co, maluchy, wracamy do bajki?


Nasza dwójka bohaterów kroczyła dalej w czeluściach pieczary. Droga była dość spokojna, parę zakrętów, parę "Ups, nie tędy", parę "To moje piersi, nie ściana, puść". Było za spokojnie... W końcu zbliżyli się do dziwnie obszernego miejsca. Sklepienie jaskini było wysoko, wysoko nad nimi.
- Nie podoba mi się to...
Zytus, jakby chcąc zamazać poprzednie poczynania okryte wstydem, ruszył pierwszy w nieznane.
- Wiesz na co mi to wygląda?
- Na co?
- Na legowisko czegoś dużego.
- Serio? Ale Ty odkrywczy jesteś, ja myślałam, że to biblioteka...
Dyskusję przerwał potężny ryk odbijający się echem od ścian. Chwilę potem z czerni przed nimi wyłoniły się najpierw błyszczące oczy, potem cała postura.
- O, małpeczka!
- Jak sięgniesz to tej swojej książeczki, to nie wyrobię.
- A właśnie, ciekawe co je...
Lena jak gdyby nigdy nic, wyciągnęła księgę i szukała tego konkretnego gatunku potwora. Bestia przypominała goryla, ze skórą twardą niczym stal. Oczy były białe, bez źrenic, tęczówek i całej reszty do pospolitego oka rzeczy należących.
- A czytaj sobie, sam dam radę...
Mruknął mężczyzna pod nosem. Chwycił miecz i pobiegł w kierunku ogromnej stopy małpy, prawdopodobnie rozmiar powyżej 90-ki.
- A masz! A masz!
Zytus obijał bronią kostkę potwora, bez skutku, nawet zadrapania nie było.
- Ty wiesz jak to coś się nazywa? Małpa Jaskiniowa, hihi.
- Załamujesz mnie... Coś pisze jak go pokonać?
Człekokształtny stał sobie spokojnie, poruszył palcem u nogi, przy której był młodzieniec. Wraz z zetknięciem się z gruntem, wytworzyła się mała fala uderzeniowa, która odrzuciła Zytusa na parę metrów.
- Hmmm, to nie, upodobania kulinarne - nie, zajęcia weekendowe - nie, uzależnienia - nie... Mam, słaby punkt!
- Czytaj!
Zytus ukrył się za wystającym z ziemi głazem, by zejść z oczu bestii i sprowokować Lenę do ataku w obronie własnej. Małpiszon jednak nie miał zamiaru jej atakować. Kobieta też raczej niespecjalnie się przejmowała zagrożeniem, stała na otwartej przestrzeni i czytała swoją książkę.
- Zytusie, zadanie dla Ciebie, musisz się wbić w... pępek!
- CO?!
- Pępek, jedyne nieosłonięte miejsce.
- Jesteś szalona, mówię Ci!
- Zawsze nią byłam, idź i walcz, pokaż jaja...
Bohater próbował podejść monstrum od każdej strony, z tyłu, od boku, nawet wspinać się próbował. Bezskutecznie... Ostatkiem sił zdecydował się na pomysł, który wydawał mu się tak głupi, że aż genialny.
- Patrz! Jednorożec!
Małpa spojrzała w miejsce pokazane przez mężczyznę, ten zaś miał okazję by zabić to wielkie coś.
Raz się żyje, najwyżej spróbuję jeszcze raz i go ugryzę...
Zebrał w sobie resztki energii i rzucił mieczem w wiadomym kierunku. Tym razem miał szczęście, ostrze wbiło się idealnie w czuły punkt. Potwór zdążył tylko powiedzieć:
- Ałć...
i upadł martwy na plecy.
- Gratuluję, Zytusie, pokazałeś klasę.
- Dzięki.
Wyciągnął zakrwawiony oręż ze zwłok i z dumą bez słowa poszedł dalej, ciemnym korytarzem.
- Poczekaj! Może odpoczniemy? Idziemy już dość długo bez snu.
- Zgoda.
Lena bez oporów zdjęła z siebie szatę, a zaraz po niej resztę ubrań. Stała przed Zytusem, już dość podnieconym, całkiem naga.
- Halo, kolego! A może też się rozbierzesz?
Mężczyzna również rozebrał się do naga, nie odrywając oczu od piękności.
- Daj mi swoje ubrania, chłopaczku...
Bez wahania oddał jej swoje odzienie. Ta ułożyła swoją szatę na ziemi, położyła się na niej i pozostałymi fragmentami odzieży okryła się, niczym kołdrą.
- Dobrej nocy.
Zytus nie wiedział już co robić, stał nago, ziemia była zimna, a okrywać się jeszcze ciepłymi zwłokami nie wypadało. Usiadł na ziemi, co chwilę wstając, by nie przymarznąć tyłkiem do podłoża. Był smutny, roztrzęsiony, nie wiedział co już myśleć...



- Dziadku, nie przerywaj!
- Muszę, zaraz Polacy grać będą, poczekacie te 90 minut.
- Nie!! Luizka zaraz zacznie płakać!
- O nie, tylko nie to! Zapalę papierosa i wracam. Nie płakać mi tu tylko!



- Dzieci, pora spać może, co?
- DOKOŃCZ BAJKĘ! DOKOŃCZ BAJKĘ!
- Już dobrze, dobrze...


- Jak się spało, Zytusie? Mi było tak ciepło... trzymaj swoje ubrania.
- Wiadomo, że ciepło...
Zytus nie zmrużył oka, gleba była za zimna, by nawet stać w jednym miejscu. Ubrali się i zmierzali dalej w głąb jaskini. Mężczyzna miał sporo czasu do rozmyślania.
Kim ona jest? Skąd wzięła się akurat tutaj?
Niestety, nie znalazł odpowiedzi na te pytania.
Szedł za nią, niczym niewolnik zdany na łaskę swego Pana, bez niej nie trafiłby tam gdzie już byli.
- Jesteśmy niedaleko, wkrótce będzie główne pomieszczenie. Ale najpierw, trzeba będzie pokonać strażnika. Dasz radę?
- A dlaczego ja sam mam walczyć? Znasz magię, pomóż.
- Dasz radę, wierzę w Ciebie.
Jak zawsze...
- A może powiesz, czego możemy się spodziewać?
- Sam zobacz.
Mało brakowało, a Zytus wpadłby na stertę kamieni. Ruszających sie kamieni. Ruszających się kamieni?!
- Co do gęsi!
Skały zaczynały się formować w około 4-metrowego golema. Nie był chyba zadowolony z wizyty gości, otwartą dłonią wbił się w ścianę, chwycił kawał twardego materiału i rzucił w stronę mężczyzny. Ten ledwo zdążył odskoczyć.
- Dlaczego zawsze ja?! Dlaczego mnie biją?!
- Nie marudź... Golemy kamienne są znane ze swojej odporności na ataki fizyczne i magiczne.
- Czyli co? Nie ubiję go mieczem?
- Nie tym razem, uważaj...
Zytus obrócił się w stronę wroga i w ostatniej chwili schylił się, by uniknąć pocisku.
- Jedyna metoda na niego, musi się sam zabić.
- Golemek Samobijek?!
- Chyba tak, kombinuj.
Bohater próbował biegać koło potwora, stawać mu na stopach. Bez skutku. Bestia zamiast zaatakować Zytusa pociskiem, strącał go i atakował swoimi masywnymi rękami i nogami.
- Nie mam już sił...
- Chyba mam pomysł.
Lena chwyciła mały kamyczek koło siebie i rzuciła w golema. Ten, w mgnieniu oka, wraz z oberwaniem przedmiotem w czoło, pokruszył się na równie drobne kawałki.
- Kto skałą wojuje, ten od skały ginie, ot co. Ruszamy dalej?
- Tak, ale daj mi chwilę, muszę złapać powietrze.
Jednak kobieta na niego nie poczekała, co zmusiło Zytusa do podążania za nią mimo wycieńczenia.
- Yyy... ślepy zaułek?
- Nie, to ukryte drzwi, otwierane na hasło.
- SEZAMIE, OTWÓRZ SIĘ!
- Nie, to nie te drzwi, ta formuła nie zadziała.
- To zapowiada się zabawny dzień zgadywanek... Co tam szukasz?
Lena wyjęła z torby księgę, której jeszcze nie wyjmowała. Wyglądała na bardzo stają, kartki były sztywne, miejscami się kruszyły.
- Szukam hasła, tu gdzieś było... Mam.
Na Świętego Gonza,
Komsi komsi komsa,
Noc bywa gorąca,
Umca omca a.
Otwórz nam kamienne wrota,
Damy w Tobie zamian kota


Drzwi otworzyły się lekko, ale się zacięły.

No i szafa gra.

Przejście otwierało się dalej, na całą szerz.
Weszli oboje do środka, podziwiali widoki. Grota była jasno oświetlona pochodniami, przy ścianach porozrzucane były wszelakie skarby. Zytus stał jak wryty, nie mógł uwierzyć, że dotarł tak daleko. Lena nie zważając na niego, podeszła do skrzyni pośrodku sali. Otworzyła ją powoli...
- Jest...
- Masz Miecz?
- Tak...
I wyciągnęła... naszyjnik z podobizną Świętego.
- Przecież to jakiś wisior, miał być miecz!
- Widzisz, Zytusie. Jakbyś dużo czytał, wiedziałbyś, że ten talizman daje ogromną siłę witalną. Posiadacz jego jest praktycznie niezniszczalny.
- Teraz rozumiem, to go oddaj, pozbieramy skarby i wracamy. Królowa się ucieszy, że wykonałem misję.
- Rany, jaki Ty naiwny...
Lena wyciągnęła ręce ku mężczyźnie, wypuszczając wiązkę magii. Nie minęła sekunda, a Zytus był oplątany elektrycznymi linami
- Co Ty robisz?!
- Nie zdziwiło Cię, dlaczego spotkałeś mnie? Dlaczego przygarnęłam do siebie tak pokracznego wojownika jak Ty? Dlaczego potwory mnie nie atakowały? Wyjaśnię Ci to chętnie... Widzisz to?
Pokazała mu dłoń, a konkretnie palec, na którym był pierścień.
- To jest Symbol Władcy Strachu. Dzięki temu, bestie uznają mnie za swojego przyjaciela... Dziwne, prawda? Może i dziwne, ale przydatne. Powinnam Ci w sumie podziękować.
- Za...
- Nie przerywaj! Wciągnęłam się w przemowę końcową, nie wyprowadzaj mnie z rytmu! Odwaliłeś za mnie kawał roboty. W sposób co prawda komiczny, ale jednak. Teraz, z Mieczem Świętego Gonza, będę najpotężniejszym magiem. Ale najpierw zrobię coś, co muszę zrobić.
Pocisk błyskawic wystrzelił prosto w Zytusa. Czuł jak mimowolnie zaciskają się wszystkie mięśnie.
Wytrzymam to, wytrzymam to
Powoli zaczynał czuć swąd palonych włosów na jego rękach. Tracił dech, życie przewijało się przed jego oczami wyobraźni.
Chwila! Tego nie pamiętam!
Zytus padł na ziemię...


- Dobra, dzieciaki, koniec bajeczki, do wyrek.
- Ale dziadku, gdzie szczęśliwe zakończenie?
- Nie ma, tak sobie wymyśliłem, i tak ma być.
- Nie pójdziemy spać, dopóki nie będzie szczęśliwego zakończenia!


- Musi być ten happy end?
- TAK! TAK!
- Chwila! ... Mam!

Zytus otworzył oczy. Leżał w swoim łóżku, w piżamce z kaczuszkami.
- Czyżby...
Wstał, obejrzał swoje ciało czy jest całe. Po przekonaniu się, że na jego skórze nie ma śladu walki, skierował się do okna,
- Jaka ulga...
Za szybą zobaczył swoje ukochane pole z burakami. Nadal był w Świńskim Polu.
- Na szczęście to był tylko zły sen.


- No, dziatwa, do łóżek.
- Dziadku, opowiedz nam coś jeszcze, prosimy!
- SPAAAĆ!
 
Odpisz
#2
No to czekamy na kolejną część Big Grin
 
Odpisz
#3
czemu akurat gonza?
 
Odpisz
#4
Historia powinna być o Bonzie a nie Gonzie a w dodatku nie o mieczu tylko o założeniu hasła na płyte główną xD
 
Odpisz
#5
błagam nie pisz kolejnej części to takie długie i nudne ale niektóre części no nawet
 
Odpisz
#6
Ja tam przeczytałam do końca. Podziękowania za lekturę.
 
Odpisz
  


Skocz do:


Szukanie: 1 gości